łyk słodkiego wina
 Oceń wpis
   

Muzyka huknęła z głośników przerywając na moment gwar rozmów toczących się przy stołach rozstawionych pod polowym namiotem. Nikt jednak nie podniósł się żeby tańczyć. Wieczór przyniósł wprawdzie przenikający chłód, ale większość hotelowych gości była nań przygotowana. Istny festiwal kaszmirowych sweterków, markowych kurteczek i wytartych już w chwili kupienia dżinsów po tysiaka za parę. Mniej zwracający uwagę na wygląd, a baczący na komfort ponaciągali polary, czy co kto co miał pod ręką na wypadek takiej właśnie pogody. Siedzieli przy stołach i pili, tocząc głośne dyskusje, przerywane tu i ówdzie salwami śmiechu.
- Więc czym się zajmujesz?! - krępy, brodaty mężczyzna starał się przekrzyczeć oberka, którego dźwięki wydobywały się z głośnika, przy którym stał z przypadkowym towarzyszem powitalnego grilla. Jego rozmówca był znacznie wyższy, musiał się pochylić, żeby usłyszeć kierowane do niego słowa.
- Jestem z haeru! Departamentu kadr! – wyjaśnił, gdyby brodacz nie mógł zrozumieć pierwszych słów. - Może przejdziemy kawałek dalej – zaproponował. Brodacz kiwnął głową na znak, że i jemu ta propozycja wydaje się zasadna.
Oddalili się od głośników o dobrych kilkanaście metrów mijając najbardziej zatłoczone stoliki, przy których wznoszono akurat jakiś wspólny dla wszystkich toast.
- Do dna! - ryknął jeden z uczestników biesiady i dając innym przykład wstał i wychylił duszkiem pół kufla piwa, opróżniając go w ten sposób. - Ha! - krzyknął uszczęśliwiony i dumny ze swojego wyczynu. W nagrodę otrzymał rzadkie i krótkie brawa, kolekcję chichotów i gratulacji oraz jedną czy dwie drwiny.
Członek departamentu kadr wyłowił kilka zaciekawionych spojrzeń. Prawie nikogo tu nie znał, ale też nikt nie znał jego. Był dość przystojny by przyciągać wzrok, choćby na krótką chwilę. Odwzajemnił parę uśmiechów, także tych przesłanych mu przez dwie trzymające się nieco na uboczu blondynki o rubensowskich kształtach i w wieku, który określił między 40, a 50 lat. Bez trudu wyobraził sobie jakie są intencje ich spojrzeń i jakich wrażeń poszukują te panie na konferencji branży finansowej, której rozpoczęcie właśnie świętowano.
- Więc co tu robisz? - zapytał brodacz, kiedy doszli już do końca namiotu i usiedli przy opuszczonym stoliku.
- Pracuję.
- Uuu – brodacz pokręcił głową. – Nie wiem czy ci współczuć, czy zazdrościć. Czego haerowiec może szukać na imprezie dla finansistów i ekonomistów?
- Na przykład branżowych talentów.
- ???
- Firma przysłała mnie tu, żebym posłuchał paru wykładów, przeprowadził kilka niezoobowiązujących rozmów i być może znalazł kogoś, kto przyjdzie pracować do naszej instytucji.
- Brzmi jakbyś był tutaj na polowaniu.
- Można tak to nazwać – przyznał haerowiec.
- A dla jakiej instytucji pracujesz, jeśli to nie tajemnica?
- Nie jestem pewien, czy mogę to powiedzieć. Jeśli nie sprawia ci to różnicy, wolałbym zachować dyskrecję.
- Mówisz bardziej jak headhunter niż gość z departamentu kadr.
- Trafiłeś w dziesiątkę – mężczyzna błysnął zębami w uśmiechu. - Do niedawna byłem headhunterem i wolnym strzelcem. Ale w końcu sam dałem się upolować. Teraz jestem na etacie.
Brodacz słuchał z uwagą, ale nie przeszkadzało mu to w niczym, by przechylić szklanicę z piwem. Haerowiec nie wiedząc czy dalej prowadzić rozmowę, także pociągnął kilka łyczków. W szklaneczce miał czwartą już tego wieczoru kolejkę whiskey. Czuł jak alkohol rozgrzewa go od środka z każdym kolejną przełkniętą kroplą. Coraz słabiej wyczuwał smak 12-letniego trunku, za to robiło mu się coraz cieplej. Chłód rozpoczynającej się nocy dokuczał mu coraz mniej.
- A kogo szukacie? To znaczy, jakiego specjalistę masz zatrudnić?
- Och, to nie jest tak konkretne zadanie. Mam długą listę stanowisk do obsadzenia. Nie muszę też wrócić z konkretną zdobyczą z polowania. Mogę raczej przedstawiać pewne luźne propozycje. Na konkrety przyjdzie jeszcze czas. A właściwe rozmowy lepiej prowadzić na trzeźwo, w biurze w Warszawie. Nie do mnie należeć też będzie ostateczna decyzja.
- Może jest na twojej liście specjalista od kas mieszkaniowych?
- A co? Tym się właśnie zajmujesz?
- Tak. W naszym banku zorganizowałem jej powstanie, teraz nadzoruję działalność. Takie tam duperele – brodacz starał się zachować pozory skromności.
- Trzysta tysięcy klientów – powiedział haerowiec, kiedy odczytał z plakietki brodacza nazwę instytucji, którą reprezentuje. - Ładne mi duperele.
- Teraz, to już jest prawie pół miliona. Prasa nie musi być ze wszystkim na bieżąco.
- No, to piękny wynik. I chciałbyś po takim sukcesie zmienić firmę?
- Nie wiem czy bym chciał. Ale jeśli zachęty będą wystarczająco przekonujące... – brodacz błysnął zębami w nieszczerym uśmiechu.
- Niestety, na razie nie mamy w planach zająć się kasami. Ale może później. Jak chcesz, daj mi swoją wizytówkę. Jak coś się pojawi, dam ci znać. Porozmawiamy wtedy, ok.?
- Jasne – brodacz wyciągnął mocno już sfatygowany portfel, w którym po dłuższej chwili odnalazł swoją kartę. - Trzymaj. Jestem Rafał Mączyński.
- Artur – przedstawił się lakonicznie haerowiec.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie dla potwierdzenia zawartej właśnie znajomości. Chwilę po tym zapanowała między nimi niezręczna cisza, jakby teraz właśnie zorientowali się, że nie mają więcej wspólnych tematów do rozmowy.
- Skoczę do kibla – oświadczył Artur.
Brodacz odczekał, aż Artur zniknie w budynku. W drodze do baru po kolejne piwo nachylił się nad jednym z biesiadników i wymienił z nim kilka krótkich zdań.
Artur dopiero wchodząc do budynku poczuł prawdziwą różnicę temperatur. Wnętrze oblało go przyjemnym ciepłem. Po krótkim pobycie w środku uznał, że rozgrzał się wystarczająco, a zabawa na zewnątrz coraz bardziej go kusiła. Czuł, że jest już na lekkim rauszu i najlepsza część imprezy dopiero się zbliża.
Gdy wrócił pod namiot odniósł wrażenie, że w międzyczasie towarzystwo nieco się przerzedziło. Większość siedziała teraz przy trzech złączonych stołach, tylko kilka osób wolało bardziej kameralne grono. Nie mógł odnaleźć Mączyńskiego wzrokiem. Poszedł do baru po następną kolejkę. Gdy wrócił stanął onieśmielony, jeszcze nie dość pijany by przyłączyć się nie proszony do towarzystwa, które bawiło się w najlepsze. Muzyka nieco ucichła znad stołu dały się słyszeć pierwsze śpiewy.
Do Artura podszedł szpakowaty mężczyzna, mógł mieć koło pięćdziesiątki. Twarz rozpogadzał jowialny uśmiech, z wyraźnym wysiłkiem koncentrował źrenice na Arturze, a jego ciało nabrało już pewnej sprężystości i chwiejności zarazem – tak typowej dla ludzi porządnie już zaprawionych.
- Zapraszamy do nas. Nie będziesz przecież stał tu sam całą noc – powiedział.
- Dziękuję. Chętnie dołączę.
Mężczyzna poprowadził go do stołu. Okazało się, że zajmował miejsce w samym centrum jednego z jego dłuższych boków. Towarzyszyła mu drobna brunetka, której uśmiech również nie schodził z twarzy. Artur poczuł się tak, jakby na jego widok uśmiechał się dawno nie widziany znajomy. Bez wahania usiadł koło dziewczyny.
- Mam strasznego doła – wyjawiła bez ceregieli, choć uśmiech na twarzy jaskrawie przeczył jej słowom. - Za kilka tygodni będę mieć trzydzieści lat – dodała.
- Nie przejmuj się. Za kilka lat to ci przejdzie i będziesz się martwić zbliżającą się czterdziestką, jak ja.
Roześmiali się. Artur poczuł jak dziewczyna przysunęła się bliżej niego. Ich uda zetknęły się. Czuł bijące od niej ciepło i nie miał ochoty odsunąć się od niej. Jej także to zbliżenie ciał w niczym nie przeszkadzało.
Chwilę jeszcze gawędzili na temat uciekającego coraz szybciej czasu, uznali że trzeba korzystać w pełni z tego, który im pozostał, co zaowocowało wychyleniem następnej kolejki.
- Jest okropnie zimno. Może zatańczymy? - zaproponowała.
- Dobrze, ale może nie tutaj. W hotelu jest nocny klub, tam powinno być cieplej.
Poszli. Razem z nimi postanowiło iść jeszcze kilka osób, w tym łysiejący mężczyzna z wydatnym brzuszkiem, który przez cały wieczór przesyłał dziewczynie spojrzenia, co chwila podchodził do niej i zagadywał.
W klubie świat zaczął wirować szybciej, a czas płynąć jak nurt wartkiej rzeki. Zdawałoby się, że co chwilę ktoś przynosił do stołu kolejne drinki i kufle piwa, które opróżniane były w takim tempie, jakby wrócili właśnie z całodniowej wycieczki na pustynię, a nie wlewali w siebie promile od dobrych paru godzin. Artur tańczył, ale łysawy co chwila porywał mu dziewczynę i wywijał z nią obroty i piruety. Choć tańczyli prawie cały czas tylko we trójkę, menedżer sali nie żałował ani decybeli, ani zasłon z dymu, którego co chwila z głośnym sykiem napuszczał na niewielki parkiet. Ginęli więc w tej mgle, częściej było widać kontury sylwetek niż całe postaci. Artur ustawiał się w taki sposób, by widzieć jak światło z dołu i ze ścian oświetla figurę dziewczyny, która kręciła biodrami w rytm muzyki. Ten widok sprawiał mu podwójną przyjemność, bo tancerka była bardzo zmysłowa, a Artur wyobrażał sobie, że jest taka właśnie z jego powodu. Dziewczyna sprawiała wrażenie zniecierpliwionej natręctwem swojego łysiejącego kolegi.
- Nie wiesz gdzie jest łazienka? - zapytała Artura w przerwie między piosenkami.
- Zaprowadzę cię.
Wyszli razem z klubu, Artur prowadził ją po schodach na górę, pokazał drogę do toalety. Później czekał na nią kilka chwil aż wróciła
- Bałem się, że się zgubisz – szepnął nachylając się nad nią. Nie wiadomo kiedy, ani w jaki sposób ich usta zetknęły się na chwilę o ćwierć sekundy zbyt długą, żeby można było uznać to zdarzenie za niewinny pocałunek. Spojrzeli sobie w oczy, próbując wyczytać z nich odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Odpowiedzią było wzajemne, milczące przyzwolenie. Ich usta złączyły się ponownie, tym razem w pocałunku znacznie bardziej namiętnym. Języki zawirowały w bezładnej wymianie emocji i pożądania, przez moment oboje poczuli się tak, jakby całowali się po raz pierwszy w życiu, ze wszystkich sił dążąc do utraty niewinności. Żadne z nich nie myślało w tej chwili o niczym innym jak o pragnieniu wzajemnej bliskości. Nadmiar uczuć wylewał się z nich i przylgnęli do siebie niby psy łańcuchowe, którym nieoczekiwanie dane było łasić się do pana. Żadne słowa nie padły, ale decyzje zostały podjęte.
- Chodź – szepnął jej do ucha, kiedy zdołali się wreszcie oderwać od siebie.
Pociągnął ją za rękę w stronę wind. W hotelu było już pusto, nikt nie widział ich przemykających korytarzem, tuż obok recepcji. W windzie pocałowali się raz jeszcze, na krótko – zatrzymała się na drugim piętrze.
Wyszli trzymając się za ręce. Artur szedł o pół kroku z przodu nadając kierunek ich wędrówce po skąpo oświetlonych korytarzach hotelowych. Cisza przeszkadzała mu.
- Jesteś mężatką?
- Tak. Od pięciu lat. A ty?
- Ja też.
- Ale od jak dawna?
- Od dawna, możesz mi wierzyć.
Dotarli na miejsce. Artur zgasił światła, które włączyły się automatycznie. Czuł, że w ciemnościach łatwiej będzie im się zatracić w chwili, że w blasku światła grzech prezentowałby się jak karaluch na szachownicy ich dotychczasowego życia. Rozbierali się nawzajem niemal nie odrywając od siebie ust. Artur starał się opanować emocje i opóźniał swoje ruchy, dziewczyna była bardziej zdecydowana.
Początkowo to on starał się dyktować warunki gry, oboje przekazywali sobie doświadczenia wyniesione z małżeńskiej sypialni, ale rutynowe działania stopniowo przestawały im wystarczać. Z każdą kolejną chwilą poddawali się namiętności coraz łatwiej, pozwalali sobie na rzeczy, przed którymi wzbraniali się w dotychczasowych doświadczeniach. Zdawało się, że alkohol, który płynął w ich żyłach, jednocześnie i ustępował pola zmysłom i pomagał zatracić się w akcie niesprowokowanej zdrady.
- Zapalmy światło – zaproponowała dziewczyna.
Artur spełnił prośbę włączając nocne lampki, które stały obok łóżka. Wtedy seks zawładnął nimi, żądza zaczęła ich palić jeszcze mocniej kiedy mogli patrzeć sobie w oczy albo – jeśli tego zapragnęli – wzajemnie badać wzrokiem nieznane wcześniej ciała. Kiedy usiadła na nim, obserwował kołyszące się pełne piersi, nad którymi co jakiś czas rozbłyskiwał w refleksach światła naszyjnik wysadzany imitacjami kamieni szlachetnych.
Po wszystkim odpoczywali, Artur ponownie zgasił lampki czując, że w mroku nocy będą sobie mniej obcy, a bardziej bliżsi, zjednoczeni niedawnym przeżyciem.
- To było niesamowite – pierwsza odezwała się dziewczyna.
Artur milczał. Cisza wprowadziła stan niepokoju w ich serca.
- Nie masz poczucia winy?
Cisza trwała kolejną chwilę.
- Nie. To znaczy jeszcze nie wiem. Nie czuję jej tak. Może później, może kiedy wrócę. Teraz nie. Teraz czuję się naprawdę super.
- To dobrze. Wiesz, gdzieś natknąłem się niedawno na takie zdanie, że coś tam – nie pamiętam już co – jest właśnie jak zdrada. Na początku jest super, jakbyś odkrywała jakieś sekretne przejście w starym zamczysku, przygoda cię pociąga. Ale później robi się z tego kanał, płacz i zgrzytanie zębów po zniszczonym życiu.
- I co z tym zrobimy?
- Ja myślę inaczej. Myślę, że to – celowo użył słowa „to” ponieważ zdrada nie chciała mu już więcej przejść przez gardło – jest bardziej jak słodkie wino. Jeśli wypijesz łyczek, albo kieliszek, czujesz tylko rozkosz na podniebieniu. Jeśli wypijesz kilka kieliszków czujesz się jeszcze lepiej, choć powoli zaczynasz tracić smak i kontrolę nad sobą i swoimi działaniami. Jeśli wypijesz całą butelkę, szybko okaże się, że leżysz zarzygana pod stołem, przy którym zasiadła cała twoja rodzina. I nikt nie ma ochoty ci pomóc, a większość nie chciałaby cię nigdy więcej oglądać. Więc myślę, że musimy poprzestać na tym naszym pierwszym łyczku. On musi być też ostatnim, inaczej sprowadzimy na siebie kłopoty.
- To się nawet dobrze składa – uznała.
- Jak to?
- Nie przedstawialiśmy się sobie. Nie wiem nawet jak masz na imię, ty nie wiesz jak ja się nazywam. Nie znamy się przecież, nasza butelka jest od razu pusta.
- Tak. Ale mamy jeszcze trochę czasu dla siebie.
- Niewiele. Powinnam już iść.
- Poczekaj jeszcze trochę. W życiu tak niewiele jest chwil, które chciałoby się zatrzymać. Myślę, że ta jest jedną z nich, to taki moment, kiedy chciałoby się wpaść w pętlę czasu i nie mieć już niczego za sobą, ani przed sobą.
- To słodkie.
- No właśnie, jak wino – roześmiali się po cichu. - A wiesz co jest najgorsze? Że jesteś tak bardzo w moim typie, że trudno mi będzie zapomnieć.
- To znaczy w jakim?
- Mam słabość do małych, pękatych brunetek – zaśmiali się. Dziewczyna udawała że się obraża i zamierza wstać. Musiał przytrzymać ją ramieniem.
- Żartowałem. Nie to chciałem powiedzieć. Jest tu jezioro niedaleko hotelu. Byłem nad nim wcześniej. Jest bardzo piękne, zwłaszcza o świcie, kiedy paruje. Takie zamglone, zwiewne, a przy tym tak ciche, że słyszysz plusk wody, jeśli ryba wyskoczy nawet gdzieś po jego drugiej stronie. Jak jest dobra pogoda, jest całkowicie gładkie. No cud natury, mówię ci. I kiedy nad nim jestem, nie mogę nasycić wzroku, nie mogę spełnić takiego pragnienia, by posiąść ten widok ostatecznie. Żeby był mój i jako taki przestał mnie interesować, przestał mnie tak zachwycać, pociągać. Wiesz jak to jest, kiedy usłyszysz jakąś świetną piosenkę na przykład? Wariujesz, kiedy puszczą ją w radiu. Kupujesz płytę. Słuchasz pięćdziesiąt razy pod rząd jednej i tej samej piosenki, której wszyscy dookoła mają już serdecznie dość. Ale wreszcie, za którymś tam razem łapiesz się na tym, że płyta gra, ale ty już jej nie słyszysz, myślisz o czymś innym. Już nie dostrzegasz tego pierwotnego piękna, które cię uwiodło. Albo jak masz chęć na – bo ja wiem? Czekoladę pewnie lubisz jakąś specjalną, albo lody może. Więc możesz ugasić jakoś te swoje pragnienie, bo po prostu kupujesz to, czego pragniesz tak bardzo. Choćbyś miała zjeść dziesięć tabliczek, albo dwa kilo lodów, to w końcu się nasycisz i możesz żyć spełniona dalej, do następnej pokusy. Ale z jeziorem nie możesz tego zrobić. Możesz tylko patrzeć, ale napatrzeć się nie da. Chyba, żeby nad nim zamieszkać. A nawet i wtedy nie wiem, czy by mi się udało. I wiesz co? Z tobą mam podobnie. Jesteś przy mnie, leżysz tuż obok mnie, a ja już teraz wiem, że pozostanę nienasycony, że tego nie przezwyciężę. Tym bardziej, że musimy zostać na tym jednym małym łyku. Rozumiesz coś z tego?
- Jesteś cudowny – odparła, co równie dobrze mogło oznaczać, że wywód przypadł jej do gustu, jak i to, że w ogóle go nie słuchała, skupiając się na własnych myślach.
- Proszę, zostań ze mną aż zasnę – powiedział. - Bo jak będę tu sam, to nie zasnę na pewno, będę umierał z tęsknoty za tobą. Tak jak za tym jeziorem umieram za każdym razem, kiedy stąd odjeżdżam.
- Dobrze. Postaram się nie zasnąć pierwsza – odparła.
Rano Artur obudził się sam. Zauważył, że przy łóżku palą się lampki, choć pamiętał jak je gasił. Może dziewczyna, którą poznał wczoraj zapaliła je, żeby odnaleźć swoje rzeczy.

XXX
Rano, pierwszego dnia po powrocie do pracy, Artur znalazł na swoim biurku kopertę. Szarą, niepodpisaną przez nadawcę, za to z dużym napisem umieszczonym centralnie na nie niej „Sz. P. Artur Kolasiński”. Koperta zawierała płytę CD. Artur włączył komputer i umieścił ją w napędzie, przy okazji czytając też spływającą pocztę. Najnowsza wiadomość pochodziła od prezesa banku „Przyjdź do mnie natychmiast, kiedy przeczytasz ten mail”. Artur spojrzał na zegarek. Dziewiąta będzie dopiero za pięć minut. Czyli teoretycznie mogło go jeszcze nie być w firmie.
Odpalił CDrom. Płyta zawierała serię zdjęć. Niektóre były rozmazane, niektóre zaciemnione, ale większość była wystarczająco dobrej jakości by rozpoznał na nich siebie. Nago. Czasem samego, czasem w towarzystwie dziewczyny, z którą spędził noc w czasie delegacji. Niektóre zrobiono kiedy spał. Dziewczyna pozowała wtedy układając się obok niego.
Krew odpłynęła mu do głowy, a serce zaczęło walić. Starał się jednak uspokoić i zastanowić jak zrobiono te zdjęcia. Przypomniał sobie naszyjnik dziewczyny, który pobłyskiwał w świetle lamp. Teoretycznie mógł to być wysokiej klasy sprzęt z ukrytą soczewką kamery bezprzewodowej. Ale to oznaczało, że dziewczyna nie działała sama, że ktoś... Zadzwonił telefon na biurku. Odebrał.
- Artur Kolasiński.
- Witam. Znalazłeś kopertę? - usłyszał męski głos. Choć wydał się znajomy nie mógł przypasować do niego żadnej znanej twarzy.
- Kim pan jest? Czego pan chce?
- Czyli znalazłeś. Już tłumaczę. To ordynarny szantaż. Chcemy 50 tys. przelewem na konto i kończymy sprawę. Jeśli nie zapłacisz, płytę ze zdjęciami dostanie też twoja żona.
- Chyba pan żartuje – Artur szeptał w słuchawkę rozglądając się po biurze w nadziei, że nikt z przychodzących pracowników nie zwróci uwagę na jego czerwoną z emocji twarz. - Nie mam takich pieniędzy – dodał.
- Ależ masz. A nawet jeśli trochę ci brakuje, ktoś z twoją pozycją łatwo pożyczy brakującą sumę. Jesteśmy jednak wyrozumiali. Na pewno jesteś mocno zaskoczony, musisz się oswoić z sytuacją. Damy ci czas. Czekamy na potwierdzenie przelewu do jutra do południa. Mailem dostaniesz numer konta.
- Chwileczkę. Załóżmy, że mam takie pieniądze. Nie mogę ich podjąć bez wiedzy żony. I co jej mam powiedzieć?
- A to już jest twój problem kolego. Pamiętaj, że my chcemy tylko 50 kawałków. Policz sobie jak dużo będzie kosztował cię rozwód.
- A jaką mam gwarancję, że dacie mi spokój?
- Żadnej. Ale staramy się być uczciwi. Oczywiście na tyle, na ile to możliwe w naszym biznesie. Musisz nam po prostu zaufać. Cena nie jest wygórowana, nie chcemy cię zrujnować. Jak się już być może domyśliłeś, ponieśliśmy pewne nakłady finansowe, żeby przygotować operację. Musimy uzyskać zwrot kosztów, no i pewną marżę – zaśmiał się głos w słuchawce. - Z naszej strony to tylko biznes. Nic osobistego. Muszę kończyć. Pamiętaj – jutro do południa wyślij potwierdzenie przelewu. Prześlij je na na adres zwrotny maila, który dostaniesz z numerem konta. Więcej czasu nie dostaniesz. Pieniądze do południa, albo płytę dostarczymy twojej żonie.
Mężczyzna rozłączył się.
Artur odłożył słuchawkę, ale tylko na chwilę. Telefon zadzwonił bowiem ponownie.
- Artur, co jest z tobą? – usłyszał głos prezesa.
- Przepraszam, miałem pilną rozmowę telefoniczną. Już do pana idę.
- Pospiesz się. Czekamy na ciebie.
Artur domyślał się co oznacza liczba mnoga w słowie „czekamy”. Wyjął płytę z komputera i włożył ją do kieszeni marynarki.
Dwa piętra, dzielące go od gabinetu prezesa pokonał po schodach, nie chcąc tracić czasu na oczekiwanie na windę. Do sekretariatu wpadł zdyszany, nadal czerwony ze zdenerwowania, ale asystentka prezesa wzięła to za objaw zakłopotania osoby, która spóźnia się na spotkanie z przełożonym. Niedbałym gestem wskazała mu drzwi gabinetu, co było jednocześnie przyzwoleniem na rozpoczęcie audiencji.
Wszedł do środka. Nie był tu nigdy wcześniej. Pomieszczenie było przestronne, mogło mieć może 80-100 metrów. Centralną część w jego końcu zajmowało imponujących rozmiarów biurko z lakierowanego drewna. Po lewej stronie ustawiono stół konferencyjny, który mógł pomieścić tuzin uczestników narady, po prawej – bliżej panoramicznych okien – okrągły stół dla gości z sofą i parą foteli a'la Ludwik XIV. Dwóch mężczyzn siedziało przy tym właśnie stoliku. Prezes banku był mężczyzną obdarzonym gęstymi siwymi włosami, mimo że dobiegał już 60-tki. O ile Arturowi było wiadomo, pełnił rolę figuranta i wszyscy – łącznie z jego sekretarką zdawali sobie z tego sprawę. Jedynie on sam nie rozumiał, że zatrudniono go nie dając mu niemal żadnych kompetencji (wszystkie decyzje i wydatki musieli kontrasygnować wiceprezesi) tylko po to, by w razie niepowodzenia było kogo obarczyć odpowiedzialnością. Drugi mężczyzna wyróżniał się elegancją. Nawet dyletant domyśliłby się zapewne, że garnitur, a także koszula i nawet buty szyte są na miarę. Choć także dobiegał już sześćdziesiątki, mógł pochwalić się gładką jak oliwka skórą, twarzą nie oszpeconą zmarszczkami, włosami nieco już przerzedzonymi, lecz bez śladu siwizny (choć zapewne nie bez udziału zabiegów rewitalizujących) i przede wszystkim bijącą od niego charyzmą.
- No nareszcie – przywitał go prezes. - Artur, jest u mnie pan Jacek Rottenhall. Nie wiem czy znacie się osobiście, ale na pewno wiesz jaką rolę odgrywa w naszej instytucji. Jest bardzo ciekaw z jakimi efektami przyjechałeś z konferencji.
Artur podniósł wzrok na Rottenhalla. Chciał wyczytać w jego wzroku, czy może mówić otwarcie, ponieważ nie był do końca pewny na jakiej stopie towarzyskiej multimilioner jest z prezesem. Rottenehall odczytał pytanie w oczach Artura i delikatnie przekręcił głowę.
- Cóż, niewiele mogę powiedzieć. Oczywiście spotkałem tam wiele interesujących osób, w tym dwóch głównych ekonomistów z innych banków, którzy potencjalnie mogli by być naszymi celami. Przeprowadziłem z nimi krótkie rozmowy, obaj wyrazili wstępne zainteresowanie. Oprócz tego było na sali pięciu dyrektorów departamentów opcji, a więc z naszego punktu widzenia stanowili cele priorytetowe. Niestety trzymali się cały czas razem i nie udało mi się niczego wskórać poza tym, że wziąłem od nich wizytówki.
- To wszystko? Artur, na litość boską! Zapłaciliśmy dwa tysiące, żebyś mógł pojechać na tę konferencję, a ty wracasz z wizytówkami i nazwiskami dwóch gadających głów? To jasne, że są zainteresowani. O ile mi wiadomo byli tam Gołębiewski i Jastrzębski – ulubieńcy mediów, którzy tak bardzo lubią w nich brylować, że nie mają czasu na pracę w bankach. Obaj są już na wylocie w swoich instytucjach. Tyle, to ja wiem i bez twoich rewelacji! - prezes podniósł głos.
Artur słuchał tych pretensji w milczeniu. Wiedział, że nie są uzasadnione i że prezes czyni je tylko dlatego, żeby zrobić dobre wrażenie na przewodniczącym rady nadzorczej. Również na Rottenhallu przedstawienie nie zrobiło żadnego wrażenia.
- Piotrze – zwrócił się do prezesa banku – mógłbyś nas zostawić samych na kwadrans?
- Mam wyjść? - prezes nie krył zdziwienia. Nie był przyzwyczajony do tego, by wypraszano go z jego gabinetu.
- Jeśli nie sprawi ci to problemu – powiedział sucho Rottenhall.
- Oczywiście, żadnego – przytaknął prezes. Mowa ciała mówiła jednak co innego. Gesty zdradzały wściekłość. Byłby trzasnął ze złości drzwiami, ale w porę przypomniał sobie, że właściciel banku może źle przyjąć dąsy.
Rottenhall usiadł za stołem dla gości i przyjął swobodną pozę starając się skrócić dystans do Artura. Ten przyjrzał mu się raz jeszcze i zastanawiał co ma teraz powiedzieć. Czasu było zbyt mało, żeby wymyślić jakiekolwiek kłamstwo. Został tylko jeden wariant – powiedzenia prawdy.
- No więc? - zagaił multimilioner wyciągając papierosa ze srebrnej papierośnicy ozdobionej tłoczonym herbem rodu.
- Obawiam się, że nie mam dobrych wiadomości panie przewodniczący – zaczął Artur nadal stojąc.
- Usiądź – krezus bardziej rozkazał niż poprosił.
- Obawiam się – powtórzył Artur po zajęciu wskazanego mu miejsca – że pana podejrzenia okazały się słuszne. Pańska żona zdradza pana.
- Możesz to udowodnić? - nawet jeśli stwierdzenie Artura zrobiło na nim wrażenie, Rottenhall potrafił to świetnie ukryć. Co prawda nie patrzył mu już w oczy, ale spokojnie zaciągnął się dunhillem.
Artur wyjął z kieszeni płytę.
- Są na niej zdjęcia – wyjaśnił. - Miał pan słuszność podejrzewając, że pana żona jeździ na konferencje finansowe czy naukowe nie tylko w poszukiwaniu wiedzy, ale nie stroni także od erotycznych przygód. - przerwał na moment przyglądając się obojętnej dotąd twarzy rozmówcy. - Jest jednak jeszcze coś. Została także członkiem czegoś w rodzaju szajki. Mam podstawy by sądzić, że szajka ta szantażuje kochanków pańskiej żony i wyłudza od nich pieniądze.
- Chyba przesadzasz! - Rottenhall podniósł głos po raz pierwszy zdradzając zdenerwowanie. - Lepiej, żebyś umiał to udowodnić – dodał, wkładając płytę do laptopa.
- To nie będzie trudne panie przewodniczący. Mam w skrzynce nawet numer konta, na które przekazywane są pieniądze przez szantażowanych.
Komputer wyświetlił zawartość płyty. Artur obserwował jak twarz Rottenhalla zrzuca maskę niewzruszonego arystokraty, jak szarzeje i purpurowieje na przemian.
- To ty... - zdołał wreszcie wyartykułować.
- Tak, panie przewodniczący. Nie widziałem innego sposobu żeby zdobyć dowody.
- Przeleciałeś moją żonę skurwysynu! - wrzasnął milioner podnosząc się od stołu.
- To prawda. Ale zrobiłem niejako na pana prośbę i w dodatku narażając na szwank swoją własną rodzinę.
- Ty chuju! - Rottenhall pozostał głuchy na argumenty Artura. Stali teraz pół metra od siebie. Przewodniczący cały rozedrgany, ledwie panujący nad sobą co chwila podnosił i opuszczał ręce, jakby wahając się czy uderzyć swojego pracownika, czy też raczej nie powinien sobie na to pozwalać. Artur stał bez ruchu, czekając na cios lub ułaskawienie. Obserwował milionera, widział jak w jego oczach wzbierały łzy, powstrzymywane tylko siłą woli. Wreszcie po policzkach spłynęły potoki urażonej męskiej dumy.
- Kochałem ją – jęknął Rottenhall osuwając się na sofę. - Kochałem do szaleństwa. Dałem jej wszystko – lamentował. - Pieniądze, nazwisko, wszystko o czym można marzyć. I co? Przyprawiła mi rogi. Mi! Najbogatszemu człowiekowi regionu, nie licząc Rosji oczywiście. Okazała się dziwką. Ile? Ile ona za to bierze?! - podniósł wzrok na Artura.
- Pięćdziesiąt tysięcy, panie przewodniczący – odparł. - Co się tyczy pieniędzy, to mam nadzieję, że do mojego honorarium doliczy pan owe 50 tys. Pan rozumie – to są koszty dodatkowe, których nie mogłem wcześniej brać pod uwagę. A muszę chronić swoją rodzinę.
- Co?! Zerżnąłeś moją żonę i chcesz ode mnie za to pieniędzy? Artur, jesteś zwolniony! Słyszysz?! Zwalniam cię. Wypierdalaj i nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
- Panie przewodniczący... Proszę się zastanowić. Nikt nie wie o tej sprawie. Tylko my dwaj. No i oczywiście pańska żona i jej, errrr, współpracownicy. Rozumiem pana zdenerwowanie, ale ja w tej trudnej sytuacji uważam, że byłem wobec pana lojalny.
- Precz! - ryknął arystokrata.

 

Komentarze (12)
łyk słodkiego wina cd
 Oceń wpis
   

XXX
Do południa był już bezrobotny. Podpisał rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, upewnił się że kwota odszkodowania za zerwanie umowy jest odpowiednia, zabrał swoje rzeczy z biurka i zniósł je do samochodu. W drodze do domu zatrzymał się przy barze, z którego mógł dalej iść pieszo. Wpadał tu czasem w weekendy, żeby obejrzeć przy piwie mecze. Tym razem – w poniedziałek, krótko po południu, bar był prawie pusty. Zamówił drinka i przekąskę. Zastanawiał się co ma powiedzieć w domu. Uznał, że dopóki sprawa się nie wyda – a jest przecież szansa na to, że po niechybnej awanturze w domu Rottenhallów zdjęcia nigdy nie dotrą do jego żony – nie może powiedzieć prawdy. Dla dobra swojego małżeństwa.
Kiedy wrócił do domu dochodziła druga. Był na lekkim rauszu, samochód z drobiazgami z biura zostawił przed knajpą. Żona nie okazała zdziwienia na jego widok. Chciał podejść i pocałować ją na powitanie. Odsunęła się.
- Nie dotykaj mnie – warknęła ostrzegawczo.
- Ależ Aniu, co się stało?
Ania cofnęła się do kuchni. Na blacie stał tam laptop. Wyjęła płytę z napędu.
- Poznajesz?
Artur przełknął ślinę.
- To jest znacznie bardziej skomplikowane Aniu. To nie jest to, na co wygląda.
- A co? Co możesz powiedzieć? Mnie interesuje tylko to, czy znowu mnie zdradziłeś? Czy przeleciałeś tą dziewczynę ze zdjęć?
- Tak – westchnął. - Ale proszę cię, wysłuchaj mnie.
- Po co? Co mi opowiesz? Żadne słowa nie wytłumaczą czynów, rozumiesz? Ja już nie umiem ci zaufać. Każde twoje słowo brzmi w moich uszach jak kłamstwo. To co mi możesz powiedzieć? Kiedy ostatni raz przysięgałeś, że mnie nigdy więcej nie zdradzisz? Pamiętasz? Pięć miesięcy! Nawet nie minęło. Jak ja mam ci w cokolwiek wierzyć? Na co tym razem ją poderwałeś? O czym jej opowiadałeś? O mgle na jeziorze? O refleksach słońca w lesie? O szumie morskich fal? A może wymyśliłeś coś nowego? - kobieta szlochała mówiąc ostatnie słowa. Rzuciła się na męża z pięściami i okładała go przez chwilę. Gdy straciła siły, mąż starał się ją objąć, uspokoić. Wyrwała się.
- Aniu, proszę cię usiądź i wysłuchaj mnie. Potem zrobię co zechcesz. Ale daj mi choć szansę przedstawienia swojej wersji zdarzeń.
- Szkoda zachodu – chlipnęła. - I tak ci nie uwierzę... Już nigdy, rozumiesz?
- Tak. Ale ja nie zamierzam cię oszukiwać. Ani nie zamierzałem tego robić – skłamał. - Pamiętasz mojego dawnego klienta Jacka Rottenhalla? To z jego polecenia zatrudniłem się w jego nowym banku.
- Co to ma do rzeczy?
- Ma. Ta dziewczyna ze zdjęć, to jego żona. Ale posłuchaj mnie, proszę. Otóż moim głównym zadaniem było skompletowanie zespołu dyrektorów w banku, ale później doszło jeszcze coś. Myślę, że Rottenhall chciał od początku mnie wtajemniczyć, ale wahał się, może mi nie ufał, nie wiem. W każdym razie kilka tygodni temu zaprosił mnie na obiad, nawet wspominałem ci o tym. Na tym obiedzie powiedział mi, że ma pewne podejrzenia wobec swojej żony. Wiesz, ona jest o połowę młodsza od niego i on był o nią zazdrosny. Powiedział, że jego żona coraz częściej wyjeżdża na różnego rodzaju konferencje i szkolenia. Z różnych branż. Czasem farmaceutyczne, czasem dotyczące klimatu, czasem budownictwa drogowego, a czasem finansów. Podobno dlatego, że ma zamiar pójść na kolejne studia. Skończyła wprawdzie pedagogikę, ale chciałaby iść na nowy kierunek, tylko jeszcze nie wie jaki. Więc jeździ na konferencje, żeby przekonać się, co ją najbardziej zaciekawi. On jej początkowo wierzył i bardzo wspierał, ale sytuacja trwa już ponad rok, a ona wciąż nie wybrała kierunku. Co więcej ich wzajemne kontakty się ochłodziły. No więc wymyślił, czy może ona go nie zdradza na tych szkoleniach i konferencjach. Najpierw dyskretnie sprawdzał, czy ona tam w ogóle jeździ, czy to nie jest tylko pretekst, a tak naprawdę, spędza czas z kochankiem. Okazało się jednak, że jest i nie opuszcza żadnych zajęć. Potem zaczął sprawdzać, czy na tych samych konferencjach nie pojawiają się może takie same nazwiska innych ludzi. I też nie. To znaczy, nie on osobiście sprawdzał. Wynajął do tego jakąś agencję. Wreszcie wymyślił, że może skoro ja też jeżdżę na konferencje i szukam dla niego pracowników, to może udałoby mi się wybadać co i jak. No i właśnie się udało w ten weekend. I wiesz co się okazało? Ona na tych konferencjach uwodzi żonatych mężczyzn. Więc mylisz się bardzo. Nie musiałem jej wcale bajerować. Ona sama z siebie... Upiła mnie, zaciągnęła do pokoju... Oczywiście, to nie powinno zajść tak daleko. Straciłem kontrolę nad sobą – przyznaję. I nie wiem jak za to przeprosić. Ale nie robiłem tego celowo i prawie że nieświadomie, rozumiesz? Ale to nie wszystko. Dziś rano przyszedłem do pracy, a na biurku leżała koperta z tą płytą ze zdjęciami. Za chwilę dzwoni telefon i jakiś mężczyzna mówi, że oni chcą 50 tys. albo ta płyta trafi do ciebie. Oczywiście nie dałem się zaszantażować.
- A powinieneś był! – rzuciła Ania przez łzy.
Artur puścił tę uwagę mimo uszu.
- No, ale to nie koniec kłopotów. Bo opowiedziałem o tym wszystkim Rottenhallowi. Dałem mu płytę ze zdjęciami. A on wywalił mnie z roboty. Prawdę mówiąc miałem nadzieję, że on da mi pieniądze dla tych szantażystów. A zamiast tego zwolnił mnie. I co teraz o tym myślisz, powiedz?
- Artek, nawet jeśli mówisz prawdę, to nie przestałam się tobą brzydzić. W odpowiednim momencie mogłeś dziewczynę przeprosić, powiedzieć, że jesteś żonaty i zakończyć sprawę. Rottenhall pewnie też wolałby takie zakończenie, niż dowody w postaci zdjęć z tobą w roli głównej. Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia. A teraz idź do sypialni. Stoją tam walizki, w które spakowałam twoje rzeczy. I wynoś się.
- Aniu, dzieci zaraz wrócą ze szkoły. Nie rób tego, choćby przez wzgląd na nie.
- Trzeba było martwić się o dzieci zanim poszedłeś z żoną swojego szefa do łóżka! Ja nie mogę na ciebie nawet patrzeć, rozumiesz?! Więc proszę idź już sobie. Może kiedyś będę umiała ci wybaczyć i spotkam się z tobą. Ale dziś mam ochotę wyciągnąć nóż do mięsa i wypruć ci flaki. Więc wynoś się, zanim to zrobię, dobrze?!
Przechodząc do sypialni Artur wszedł do kuchni. Obok laptopa zobaczył kopertę zaadresowaną na Annę Kolasińską z wyraźnym dopiskiem „Do rąk własnych!”. Koperta była ozdobiona logo banku, dla którego pracował do dzisiejszego poranka.

XXX
- Dlaczego mnie zdradziłaś? - Jacek Rottenhall wszedł do sypialni żony. Mimo, że było już wczesne popołudnie zastał ją właśnie tam, kiedy krótko po przebudzeniu nakładała makijaż w przynależącej do sypialni toalecie.
- Och. Dzień dobry mężusiu. Dowiedziałeś się wreszcie. A w jaki sposób, jeśli mogę się dowiedzieć? – odparła dziewczyna. Pozostała spokojna, nawet nie odwróciła się w kierunku zbliżającego się męża. Obserwowała jednak jego kroki w lustrze – na wszelki wypadek.
- Od Artura Kolasińskiego. Twojej ostatniej zdobyczy. Ale nie zmieniaj tematu. Odpowiedz na pytanie. Dlaczego zniszczyłaś świat, który dałem ci na tacy, o którym inne mogą tylko marzyć przeglądając kolorowe czasopisma?
- Nie domyślasz się kochanie? - zapytała z uśmiechem. - Oczywiście, że nie. Skoro nie domyśliłeś się do tej pory. Wygląda na to, że ktoś musi ci to w końcu powiedzieć.
- Powiedzieć co?
- Jak odstręczającym, obrzydliwym jesteś typem. Zawsze nim byłeś. Pomyśl tylko. Wziąłeś sobie dwa razy młodszą od siebie żonę. Jak myślisz co ja mogłam czuć wychodząc za faceta starszego od mojego ojca? Ale to nie chodzi tylko o mnie. Traktujesz ludzi jak niewolników, zawsze z góry. Masz strzępy szacunku tylko dla tych, którzy również są bogaci i przy tym nie pracują dla ciebie. Gardzisz całym światem. Ale zapomniałeś, że na zasadzie wzajemności ten świat – wliczając w to mnie - gardzi też tobą. Ojciec ostrzegał mnie przed tobą i twoim światem. Mówił - "Ludzie bogaci niczym nie różnią się od biednych. Tylko wydaje im się, że są lepsi, że są z innej gliny. Ale oni przecież podlegają tym samym prawom biologii co my. Też chodzą do kibla i też muszą się myć, jeść. Bogactwo jest tylko fasadą, za którą kryją się ludzie tak samo mali, jak wszyscy pozostali. Bogacze też dłubią w nosie i mają tysiące swoich słabości, którym ulegają. Też są między nimi dobrzy i źli ludzie." 
- Ależ Kasiu... Co to ma do rzeczy? Czasem traktuję ludzi przedmiotowo, ale tylko w interesach. Bo tego właśnie wymaga ode mnie biznes. Ale na pewno nie ciebie. Jesteś przecież moją żoną. A skoro za mnie wyszłaś, musiałaś mnie przecież kiedyś kochać. Nawet jeśli teraz chwilowo się pogubiłaś, to przecież musiałem wzbudzać w tobie także pozytywne uczucia. A skoro w tobie, to także u innych ludzi.
- Jacusiu... Jak ty jesteś rozkosznie naiwnym... potworem. Zastanów się chwilę. Jak mnie poznałeś? Hostessę na targach samochodowych. Kupiłeś tego bentleya chyba tylko po to, żeby mi zaimponować. Już wtedy tobą gardziłam. A ty wydawałeś pieniądze jak szalony, co ci się już nigdy później nie zdarzało, sknero. Bawiliśmy się w Monako, wylegiwaliśmy na plażach Seszeli, podróżowaliśmy po całym świecie. Przez cały ten czas prosiłam cię, żebyś mniej pieniędzy wydawał na luksusy, a więc działał charytatywnie, pomagał potrzebującym. I co? Mówiłeś – „Jestem bankierem, nie działam charytatywnie”. I liczyłeś te swoje kolejne miliony czy miliardy. To może byłoby jeszcze do zniesienia, ale wiesz co nie jest? Jesteś nieprawdopodobnie nadętym bucem. Majątek przecież odziedziczyłeś, a nie go dostałeś. Pomnażasz go – to prawda, że z sukcesem. Ale przecież sam nie pracujesz. Zatrudniasz ludzi, którzy harują dla ciebie, budują jakieś tam piony sprzedaży, wciskają innym ludziom kredyty czy inwestycje, których tamci nie potrzebują i nie rozumieją. Krzywdzisz swoich klientów, swoich pracowników, a – co widać najbardziej – naszą służbę traktujesz gorzej niż swojego psa. Trudno cię kochać, Jacku Rottenhall.
- Ale to jeszcze nie powód, żeby mnie zdradzać.
- Zdrada... Ty tak to widzisz, ale ja nie. Zdrada pojawiłaby się, gdybym kiedykolwiek cię kochała. Gdybym nie robiła wszystkiego z premedytacją. Jak mogłeś tego nie widzieć? Myślałeś, że mnie kupiłeś. Kupiłeś nawet nie osobę, ale ciało. Ciało, którego pożądałeś, ale przede wszystkim ciało, które mogłoby urodzić twoje dzieci. O to ci przede wszystkim chodziło. Nie o mnie, ale o ciało, które mogłoby urodzić dziedzica twoich genów. Traktowałeś mnie instrumentalnie od samego początku. Nawet kiedy jako narzeczeni podróżowaliśmy po świecie nie chodziło ci o mnie. Chciałeś mi pokazać SWOJĄ potęgę, SWOJE możliwości, swoje ego. Więc postanowiłam, że wyjdę za ciebie. Żebyś cierpiał. Żebyś poczuł wreszcie kim naprawdę jesteś. Postanowiłam poświęcić część swojego życia w imię tych wszystkich ludzi, których ciemiężysz na co dzień, a którzy mniej lub bardziej świadomie cię nienawidzą. Nie da się co prawda zniszczyć fortuny Rottenhallów, ale można upokorzyć rodzinę. Można uderzyć cię prosto w serce omijając mur bogactwa, który zbudowałeś. Więc zdradzałam cię, owszem. Ale nie myśl tylko, że nie wiem o twoich grzeszkach. Wiem, że pożyczasz samochód od ogrodnika i jeździsz do burdelu, a może nawet na przydrożne kurwy. W porównaniu z tobą, i tak jestem jak anioł.
Arystokrata przełknął ślinę. Cofnął się do sypialni i usiadł na łóżku. Milczał chwilę.
- Ale dlaczego brałaś od nich pieniądze. Dlaczego zachowywałaś się jak zwykła dziwka?
- Żebyś wiedział, że tak właśnie było. Pieniądze nie miały dla mnie dużego znaczenia. Pierwszych dwóch zaszantażowałam sama. Dołączyli do mnie, pomogli się zorganizować. Ale w szantażu nie chodziło o pieniądze. Raczej o karę dla tych wszystkich niewiernych mężów, którzy rżnęli mnie nocami. Żeby nie myśleli sobie, że skok w bok może pozostać bezkarnym łykiem słodkiego wina, o którym nikt się nie dowie. Bo oni mnie rżnęli, to nigdy nie była miłość. To był zwykle wyuzdany, pewnie najdzikszy seks jaki kiedykolwiek uprawiali. Jakiego ty ze mną nigdy nie zaznałeś i nie zaznasz. A i oni w objęciach żon pewnie nie poznali. I wiesz co? Mimo poniżenia, które czasami czułam, pomagała mi jedna myśl. Że oni za pośrednictwem mojego ciała rżnęli tak naprawdę ciebie. I to ta myśl sprawiała mi największą przyjemność.
Rottenhall ponownie milczał. Tym razem dłużej. Kilka minut.
- Mimo wszystko chciałbym ci wybaczyć – powiedział w końcu. - Możemy zacząć wszystko od nowa. Ja naprawdę darzę cię uczuciem. Będziemy się szanować, a jeśli to dla ciebie takie ważne zmienię się. Będę się udzielał charytatywnie, albo jeszcze lepiej – założę fundację, którą będziesz mogła zarządzać.
Odpowiedzią był wybuch śmiechu.
- Wybaczyć mi? Tobie nie chodzi o żadne wybaczenie. Ty się boisz skandalu. Że prasa się dowie, że będziesz musiał umierać ze wstydu przed rodziną, przed kolegami z klubu golfowego. Żeby tego nie przechodzić jesteś gotów tolerować moją obecność w swoim domu i wydać parę milionów. Ale nic z tego. Jestem już wystarczająco bogata, żeby od ciebie odejść.
- Bogata? Przecież nic nie miałaś. Mamy intercyzę, niczego ode mnie nie dostaniesz. Każdy sąd orzeknie rozwód z twojej winy, nawet jeśli nie dam łapówki.
- Po pierwsze rozwód z mojej winy to będzie skandal, którego chcesz uniknąć. Już lepiej przyznaj się publicznie do tych dziwek, przynajmniej nie stracisz wizerunku. Po drugie zapominasz kotku o moim biznesie. Większość moich kochanków okazała się nad wyraz hojna.
- To ilu ty ich miałaś?
- Przez ostatni rok? Dobrze ponad 50-u. Skoro mówisz, że Kolasiński mnie wydał, to pewnie powiedział ci też jakie mam stawki. Ale bez obaw misiaczku. Żaden z nich cię nie wyda. Chroniłeś mnie przed dziennikarzami, więc nie jestem znaną osobą. Na konferencje jeździłam pod przybranym nazwiskiem, pamiętasz? Sam mi to ułatwiałeś. Nie chciałam być taktowana jak żona krezusa, więc byłam tam wszędzie anonimowa. Żaden z nich mnie nie rozpoznał. Więc – jeśli ci to w czymś pomoże – żaden z nich nie wiedział, że w rzeczywistości dyma ciebie. Poza tym, nawet jak któryś nie płacił – a większość płaciła bez zmrużenia okiem – nigdy nie wysyłaliśmy zdjęć do żony. Żeby nie ryzykować wywołania skandalu. To był tylko taki blef z naszej strony, choć zwykle okazywał się skuteczny. Albo dostawaliśmy pieniądze, albo delikwent sam przyznawał się żonie. Wybierał mniejsze zło w swoich oczach.
- Więc, jeśli tylko będziesz umiał powstrzymać nerwy na wodzy, rozwiedziemy się po cichu i nikt się nie dowie o całej sprawie. Dla mnie ważne jest tylko to, że udało mi się cię upokorzyć. I może w pewien sposób oświecić. Kto wie jakie da to skutki w przyszłości? Ludzie podobno się zmieniają. No, jest jeszcze Artur oczywiście. Ten jeden jakoś zdołał mnie rozpoznać, choć nie wiem jakim cudem. Ale rozumiem, że miałeś dość rozsądku, żeby kupić jego milczenie i odebrać mu zdjęcia?
- Chryste – jęknął Rottenhall.

XXX
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
- Czy to redakcja dziennika SuperFakt? - Artur mówił niewyraźnie, w sposób charakterystyczny dla osób po wypiciu kilku drinków zbyt dużo.
- Tak.
- Proszę mnie połączyć z działem obyczajowym.

 

Komentarze (4)
kilka słów wyjaśnienia
 Oceń wpis
   

tym razem przerwa trwała dłużej. Starałem się zdążyć przed mundialem wiedząc z góry, że mecze wygrają z chęcią dokończenia tego opowiadania. Przegrałem z czasem. I z własną wolą, bo klawiatura przyciągała mnie każdego dnia. Ale kanapa i piwko przy meczu też mają swoją siłę przyciągania :). Dopiero na urlopie udało mi się dość czasu wygospodarować wreszcie.

Pewnego razu dość gruntownie przetrząsałem zakamarki własnego biurka w poszukiwaniu zaginionych dokumentów i natknąłem się na swoje opowiadania sprzed lat. Sprzed 19u lat... Myślałem nawet, żeby je wrzucić tutaj, częściowo je przepisałem do kompa (bo rzecz jasna napisane są ręcznie). Ale ostatecznie nie są ciekawe dla nikogo innego niż dla mnie. Więc po namyśle odłożyłem je z powrotem do szuflady.

Po co i o czym jest "łyk..."? Interpretacja należy do czytelnika. Ale, żeby choć trochę wyjaśnić skąd taki akurat telenowelowy gatunek wybrałem, kilka słów napiszę. Otóż generalnie wydaje mi się, że przyczyną większości nieporozumień między ludźmi jest brak empatii. Brak zrozumienia, że każdy nasz gest czy słowo jest przez kogoś innego interpretowane. Że każdy czyn rodzi jakieś tam następstwa i konsekwencje, nawet jeśli wydaje się, że kontrolujemy całkowicie sytuację. Oczywiście rozumiemy to świetnie, kiedy jesteśmy niesprawiedliwie potraktowani, skrzywdzeni. Ale czy stać nas na to, by stale poszukiwać konsekwencji własnych decyzji? Także tych dawnych? I by siebie zobaczyć na ławie oskarżonych o czyny nieumyślne, ale rodzące przykre konsekwencje dla innych, niczego nie świadomych i niewinnych osób? Będę jeszcze wracał do motywów następstw i konsekwencji pewnych działań - lub ich braku - w kolejnych opowiadaniach. Może uda mi się wówczas bardziej wyraziście rzecz przedstawić. Zatem do przeczytania. Myślę, że przed końcem wakacji.

Komentarze (1)
rutynowa kontrola
 Oceń wpis
   

Mężczyzna w ciemnym garniturze wszedł do pomieszczenia, które miało być odtąd jego nowym gabinetem. „Być może nigdy już nie opuszczę tych murów” - pomyślał. Z pewnością nigdy wcześniej w nich nie był. Rozejrzał się więc zaciekawiony.
Pomieszczenie było wyższe niż oczekiwał, mogło mieć nawet trzy metry. Powierzchnia była znacznie mniejsza od tej, do której przyzwyczaił się w poprzednim biurze – może 20 metrów kwadratowych. Nie więcej. Na podłodze rozłożono perski, tkany kolorową wełną, dywan gruby przynajmniej na dwa centymetry. Nie sięgał boków ścian, wystawały spod niego dębowe, powleczone barwionym woskiem deski. Ścian nie otynkowano, jakby miały zawsze przypominać gdzie się znajduje. Także sufit zostawiono w spokoju. Żelbeton nie prezentował się przyjaźnie, mimo że umieszczono pod nim kryształowy żyrandol – niewielkich rozmiarów. Ale większy nie był potrzebny.
Centralne miejsce zajmowało biurko. Niezbyt duże i z pewnością o wiele zbyt proste jak na rangę dokumentów czy rozkazów, które miały być przy nim wydawane. Zwyczajny mebel z orzechowego drewna, który mógłby znajdować się przeciętnym mieszkaniu. Na biurku stał laptop i dwa aparaty telefoniczne. Ktoś uznał za niezbędne rozróżnić je kolorami – jeden z nich lśnił wymowną czerwienią, strategicznie mniej ważny był biały. Za biurkiem stał fotel na kółkach obity brązową skórą. W razie gdyby mężczyzna miał tu kogoś gościć na przeciwległym końcu pokoju (choć mężczyźnie wydawał się on zbyt mały by można było mówić o przeciwległych końcach. W jego oczach meble stały po prostu obok siebie) stał też prosty okrągły stół z czterema krzesłami. I to było wszystko. Przy jednym z krzeseł stał wyprężony jak strona generał Masfiejko. Generał był niewysoki, twarz ozdabiał starannie przystrzyżony siwawy wąs. Z sobie tylko znanych powodów zdecydował się założyć dziś mundur polowy w moro, choć w żelbetowym bunkrze skrytym dwadzieścia metrów pod ziemią kamuflaż nie miał najmniejszego znaczenia.
- Jestem do dyspozycji panie prezydencie – zakomunikował.
- Dziękuję.
- Powinniśmy zaczynać procedury – przypomniał oficer.
- Jest aż tak późno? - zapytał prezydent, odruchowo spoglądając na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy.
- Za godzinę chińskie wojska przekroczą nasze granice – powiedział Masfiejko.
- Przekroczą – zgodził się prezydent. - Albo nie przekroczą – dodał po chwili.
- Oczywiście – teraz z kolei przytaknął generał. - Nasze uderzenie wyprzedzające odbierze im ochotę do działań wojennych na terytorium Rosji.
- Nie to miałem na myśli generale. Myślę, że gdyby chcieli przekroczyć granicę już dawno by to zrobili. Jedynym powodem, dla którego zwlekają jest to, że trochę się nas jednak boją. I może boją się na tyle, że może jednak nie wcielą w czyn swojego ultimatum.
- Nie docenia pan determinacji głodnych ludzi, panie prezydencie. Zresztą mówiliśmy o tym na naradzie sztabu dwie godziny temu. Nie ma już czasu na ponowne rozważanie tego problemu.
- Mówi pan tak, bo to nie na panu będzie spoczywała odpowiedzialność za rozpętanie trzeciej wojny światowej, panie generale.
- Myli się pan panie prezydencie. Gdyby decyzja zależała ode mnie nasze rakiety już by w nich uderzyły. A wojny nie będzie – są na nią zbyt słabi, żeby nam odpowiedzieć.
- Skoro tak, to co tu robimy? - prezydent wykonał gest ręką obejmujący większość pomieszczenia. - Nie mamy się czego bać, prawda?
- Ostrożności nigdy nie za wiele. Na Kremlu nie groziłoby nam prawie nic, a tu nie grozi nam nic. Bez prawie.
- Jeśli są tacy słabi panie generale, co robi ośmiomilionowa armia u naszych granic?
- Umiera z głodu. Wiedzą, że tylko ich liczba może na nas zrobić wrażenie, że tylko pod presją ich liczebności możemy się złamać i spełnić ich żądania.
- Skoro to blef z ich strony, to nie ma potrzeby ich atakować.
- Panie prezydencie... Przecież o tym wszystkim dopiero co mówiliśmy w sztabie. Czas ucieka, a my wciąż wałkujemy ten sam temat. Armia chińska ma wsparcie w rakietach jądrowych dalekiego zasięgu. Nie zawahaliby się ich użyć, ale boją się zniszczenia czy choćby tylko skażenia naszej żywności. W końcu o nią im chodzi. A my spichlerze przenieśliśmy do garnizonów wojskowych pod największymi miastami. Wodorem w nas nie uderzą, ale armia konwencjonalna może spróbować swoich sił. Wszystko, co musimy zrobić teraz, to pozbawić ich złudzeń. Zetrzeć te ich osiem miliony żołnierzy naszymi atomówkami. I na tym wojna się zakończy.
- Obawiam się, że wtedy ona się dopiero zacznie. W obliczu klęski, Chińczycy będą jeszcze bardziej niebezpieczni. Z czystej zemsty i okrucieństwa mogą wziąć na nas odwet nie zważając na to, czy spichlerze znajdują się w koszarach, czy w centrach miast – odparł prezydent. - To ogromne ryzyko. Ale w jednym ma pan rację generale. Decyzja została już podjęta. Potrzebuję tylko kilku minut na osobności, zanim nakażę jej wykonanie.
- Rozumiem. Proszę nie zwlekać zbyt długo. Poczekam w mesie oficerskiej.
- Nie musi pan czekać tam. Proszę po prostu pójść do mesy i zaparzyć nam kawy. Dokładnie tyle czasu potrzebuję, ile panu to zajmie.
- Rozkaz – uśmiechnął się generał zadowolony, że rozmowa w końcu zeszła na właściwe tory.
Prezydent został sam. Usiadł przy biurku i oparł na nim łokcie. Twarz ukrył na moment w dłoniach, ale szybko przeczesał nimi przerzedzające się siwe włosy, które zaczesywał do góry. Sięgnął do kieszeni marynarki, skąd wyciągnął paczkę czerwonych marlboro i zapalniczkę żarową. Zapalił zastanawiając się, czy będzie mógł palić także wówczas, jeśli na górze rozpęta się atomowe piekło. Po pierwszym zaciągnięciu zaniósł się suchym kaszlem. Jak każdy nałogowy palacz przejmował się każdym swoim kaszlnięciem podejrzewając, że jest ono pierwszym posłańcem śmiertelnej choroby. Ostatnim razem – kilka miesięcy temu – napady kaszlu okazały się tylko krztuścem. Ale teraz – choć nie robił żadnych badań – miał głębokie przekonanie, że kaszel oznacza już naprawdę ostatnie akordy. „Dla mnie wynik tej wojny już i tak nie ma znaczenia” - pomyślał. „Nie mam już niczego do stracenia, ani niczego do wygrania. Skoro generałowie chcą tej wojny, niech ją mają na swoich sumieniach. W końcu to oni będą nią dowodzić i ponosić konsekwencje swoich decyzji. Proszę Cię Boże, pamiętaj o tym, że chciałem tego uniknąć. Wybacz mi i wybacz tym, którzy nie wiedzą co sprowadzają na ten kraj”. Tak rozmyślając zaciągnął się po raz drugi i wypuścił dym obserwując jak dym zasysany jest bezgłośnie przez system wentylacyjny.
Dwie minuty później do pokoju wszedł generał Masfiejko. Oficer zdołał tylko zarejestrować, że w popielniczce na stole znajdują się dwa zgaszone, ledwo napoczęte papierosy, kiedy na jego widok prezydent poderwał się nagle.
- Połącz mnie z pierwszym sekretarzem Wanem, natychmiast! - zażądał prezydent, nie bacząc na to, że mówi do swojego generała, nie adiutanta.
- Co się stało, panie prezydencie? - Masifiejko nie mógł uwierzyć własnym oczom. Kiedy zostawił prezydenta ten wydawał się pozbawiony sił i pogodzony z konsekwencjami decyzji, które podjęli kilka godzin wcześniej w Moskwie. Zresztą od dawna nie był już tym człowiekiem, który kiedyś porywał tłumy na Placu Czerwonym swoimi pełnymi energii przemówieniami. A w dodatku o tej porze – po poprzedniej nieprzespanej nocy – każdy byłby zmęczony. Ale w ciągu ostatnich kilku minut prezydent przeszedł głęboką przemianę. Wydawał się naładowany niezwykłą, nieludzką niemalże energią, która kipiała z każdego jego gestu, z najmniejszego choćby poruszenia brwi. Jego oczy nabrały przy tym niezwykłego blasku. „Czyżby kokaina?” - pomyślał z niedowierzaniem generał.
- Nie zadawaj pytań. Nie ma czasu na gadanie. Musimy nawiązać połączenie. Jest jeszcze szansa na uniknięcie tej wojny! Musimy jej uniknąć, bo inaczej zagłada czeka rasę ludzką, rozumiesz?! - krzyczał prezydent.
- Ale jak? Chińczycy stoją u granic...
- To proste. Podzielimy się z nimi żywnością.
- Proste? Dzielić się? Sami mamy mało zapasów, nie wystarczy ich nawet do zbiorów.
- O to się nie martw. Wystarczy ich na pewno. Musimy tylko spełnić wolę bożą – oświadczył prezydent.
Generał wytrzeszczył oczy. Próbował racjonalnie wytłumaczyć sobie znaczenie ostatnich słów prezydenta. Nabrał jednak pewności, że się nie przesłyszał. Chwila osłupienia nie trwała długo, w każdym razie prezydent, który nerwowo przemierzał cały pokój wzdłuż i wszerz nie zwrócił na uwagi na black-out generała.
- Natychmiast się tym zajmę – zapewnił Masfiejko, po czym ponownie wyszedł z pokoju.

XXX

- Szszszszszsz Szambelanie – cichy szept rozszedł się wokół. Szambelan miał wrażenie, że dźwięk słowa przeszedł na wskroś jego jestestwo. Poznał głos od razu. Nie można przecież pomylić go z żadnym innym. Choć był to szept, brzmiał zarazem jak czyste uderzenie dzwonu i swobodny powiew wiatru. Tylko on potrafił mówić w ten sposób. Zresztą któż inny miałby do niego przemawiać w tym miejscu?
- Witaj Archaniele Gabrielu – odparł.
Stłumił odruch, by skierować choć część swoich wszystko wiedzących zmysłów na swojego gościa. Mijało się to z celem. Przebywali przecież w absolutnej czerni. Czeluści nocy, w której nie odbijało się żadne światło. Żadnemu z nich nie było zresztą potrzebne, by widzieć się wzajemnie. Nie mieli przecież ciał, z których mogli by czytać gesty, nie było oczu, w które mogli by spojrzeć w trakcie rozmowy. Najważniejsze, że wyczuwali swoją obecność. Szambelan nadal wpatrywał się więc w Ziemię i jej mieszkańców zajętych codziennymi grzechami.
- Już czas Szambelanie. Pan nasz oczekuje nowych wieści.
- Oczywiście, każdą z nich przekażę. Zbliż się do mnie, a poznasz je wszystkie.
- Zrobię to. Lecz prócz losów, myśli i uczynków wszystkich ludzi, przy których byłeś przez cały ten czas, chciałbym wcześniej poznać Twój obraz świata.
- Przedstawię go – zapewnił Szambelan. - Powiedz tylko, co Cię interesuje.
- Wiara, Szambelanie. Ona jest najważniejsza. Czy ludzie wierzą w naszego Pana?
- Wierzą, ale ich wiara jest coraz słabsza. Wzbiera co prawda prawie w każdym ogromną falą ale tylko w godzinie nieszczęścia i próby, a w zwykłe dni jest słaba. Choć ludzkość tej planety się rozwija, to jednak wiara jest w tym rozwoju pomijana. Ci, którzy wierzą silnie, traktują słowa pisma, które im daliśmy i słowa syna bożego, którego zesłał im Pan wciąż literalnie. Piekło i Raj to dla większości z nich wciąż tylko miejsca, istniejące niemalże materialnie. Ten brak zrozumienia sprawia, że cywilizacje najbardziej rozwinięte, najbardziej oświecone odwracają się od Pana, ponieważ nie mogą na mapie nieba znaleźć ani miejsca wyklętego, ani prawdziwego Raju. Szczególnie słabi w wierze, nie mogąc odnaleźć Boga odcinają się od niego, całkiem jak dziecko, które doznaje zawodu na myśl, że święty Mikołaj nie istnieje.
- Kto?
- To nie istotne – zreflektował się Szambelan – Poznasz jego historię i wiarę dzieci z nim związaną.
- Czyż nie ma pośród ludzi jednostek, które myślałyby inaczej, zbliżały się do odgadnięcia sensu wiary?
- Och, ależ są. I jest ich wiele. Jednak nawet ci, którzy rozumieją sens swojego istnienia, łatwo poddają się czemuś, co nazywają tam sprawami dnia codziennego. Przestają kierować swoje myśli do Pana i przyszłego życia, przestają budować więzi, a zajmują się zarabianiem na chleb.
- Zarabianiem?
- Tak, Archaniele Gabrielu. Najdoskonalej rozwinięte cywilizacje koncentrują się właśnie na tym. Myśl o pieniądzach jest powszechna, pożądanie dóbr doczesnych stało się motorem życia większości ludzi. Na każdą jedną myśl o Bogu i życiu po śmierci przypadają tysiące o mamonie. To zaś sprawia, że więzi między nimi rozpadają się, bo każdy z nich dąży do tego, by samemu mieć jak najwięcej majątku, dóbr doczesnych. Zamierzenia naszego Pana nie spełniają się zatem.
- Nikt nie zna zamiarów naszego Pana – przypomniał archanioł.
- Wybacz mi, sądziłem że rozesłano nas w konkretnym celu.
- A jak się wywiązujesz z jego realizacji?
- Staram się Archaniele. Wiesz przecież, że nie wolno mi nadmiernie ingerować w ich życie. Jednak stale daję im znaki, przesyłam widzenia, dokonuję cudów, gdy ktoś szczególnie wierzący prosi o nie. A czasem ich odmawiam wystawiając wiarę na próbę. Tak jak przykazał Pan.
- I cóż oni na to? Czy nie dostrzegają tego wszystkiego?
- Ci, którzy chcą - dostrzegają. Ci, którzy mają to nakazane – rozgłaszają. Ale świat jest na to głuchy, choć ludzie rozwinęli doskonałą na swój ziemski sposób sieć komunikacji. Każdy z każdym może porozumiewać się w dowolnej chwili, choćby jeden stał na jednym kontynencie, a drugi na innym. I w dodatku każdy jeden może przemawiać do wszystkich jednocześnie, jeśli tylko inni chcą go słuchać.
- I mimo tylu dowodów istnienia Pana naszego i ich rozgłaszania na świecie, ludzie nie wierzą w Boga? - archanioł nie mógł się nadziwić ludzkiej ignorancji.
- Szukają, ale po swojemu. Mają swoich mędrców, nazywają ich naukowcami. Oni próbują wszystko zrozumieć, wziąć na swój ludzki rozum. I choć widzą już naprawdę wiele, bo szukają nie w wielkich obrazach, ale w najmniejszych cząstkach świata, nie mogą pojąć, że tym na co patrzą, jest dzieło naszego Pana.
- A czyje dzieło w nim widzą? Naszego upadłego brata?
- Nie, choć z pewnością ma on swój udział w losach i myślach ludzi. Widzą w naturze samą naturę, dzieło przypadku, ślepy los, swój szczęśliwy łut, a czasem i swoje własne dzieło, dokonując w nim zmian, niszcząc to co doskonałe.
- Zasmucasz mnie Szambelanie – wyznał archanioł. - Ale tłumaczy to dlaczego nasz Pan przysłał mnie tu. Czemu trafia do nas coraz mniej dusz – westchnął.
- To się niebawem zmieni – zapewnił Szambelan. - W tej właśnie chwili w mocy jednego tylko człowieka jest bowiem możność rozpętania straszliwej wojny, która wybije większość ludzi. W jej następstwie pozyskamy wiele dusz, choć równie wiele, a może i więcej utracimy.
- Jak to możliwe?
- Cywilizacja ludzi rozwija się w kierunkach materialnych. Interesują ich pieniądze, które dają władzę. To władza jest pożądana najbardziej. Żeby ją umocnić, władcy różnych narodów stale zlecali opracowywanie coraz potężniejszych rodzajów broni. I osiągnęli w tym doskonałość. Są w stanie zniszczyć prawie całą ludzkość w mniej niż godzinę. I początek tej godziny właśnie wybija, są już zdecydowani.
- I ty na to pozwalasz Szambelanie?
- Nie wolno mi im przeszkadzać, Archaniele – przypomniał szambelan. - A nawet gdybym mógł, nie chcę tego zrobić.
- Jak możesz tak mówić?
- Gdybym teraz nie dopuścił do wojny, oni dalej rozwijaliby swoją technologię. W mniej niż trzy pokolenia będą mogli przemieszczać się między gwiazdami. W mniej niż pięć pokoleń odnajdą inne planety, na których Pan nasz zasiał ziarno życia. A ze swoją potężną bronią i pragnieniem władzy nie oprą się pokusie by je zniszczyć dla swojej korzyści. Bo ludzie niszczą wszystko na swojej drodze w imię władzy i własnego dobra. Zaś jeśli pozwolić im rozpętać tę wojnę, pozostanie przy życiu dwóch na sześciu żyjących. Zaś większość z tych którzy przeżyją, zrozumieją swoje błędy i zwróci się w kierunku Pana naszego. I będą rozwijać w przyszłości życie duchowe przed materialnym. Pan nasz będzie miał z nich większy pożytek niż teraz, a pozwalając im się uśmiercić nie narazi swoich dzieci z innych światów, gdzie jak mam nadzieję, plany Pana bliższe są już realizacji.
- Nikt nie zna tych planów – podkreślił raz jeszcze archanioł.
- Nikt ich nie zna, ale możemy się domyślać. Wszak ludzi uczynił Pan nasz na własne podobieństwo. Miłując ich wszystkich dał im wolną wolę, kilka wskazówek i czeka z nadzieją, że znajdą się narody, które naprawdę będą mu podobne nie tylko wolną wolą, ale także siłą jedności – wyjaśnił Szambelan. - Czy możesz mi powiedzieć Archaniele, czy na innych światach cel ten jest już bliższy osiągnięcia?
- Nie masz prawa o to pytać. Wiesz przecież dokąd prowadzi taka ciekawość. Jej zaspokojenie popchnie cię do rywalizacji. A to oznaczać będzie pokusę ingerowania w wolną wolę ludzi, nad którymi sprawujesz opiekę. Nie mogę na to pozwolić.
- Powiedz więc proszę Archaniele Gabrielu, coś co mógłbym wiedzieć bez szkody dla planów Pana naszego.
- Powiem ci, ponieważ mogę to uczynić. Bo nikt nie zna zamiarów Pana naszego i Ty także się mylisz sądząc, że je znasz. Na innych światach życie jest spokojniejsze, a ludzie rozwijają sferę ducha, nie pożądają władzy i nie wymyślili pieniądza. Żyją dłużej i szczęśliwiej, a gdy opuszczają swój świat, trafiają licznie przed oblicze Pana naszego. On jednak umiłował najbardziej świat, na który Ty spoglądasz Szambelanie. Rozumiem teraz dlaczego kazał mi przybyć tu w tej właśnie chwili. Wiedząc o możliwości straszliwej zagłady przysłał mnie tu w tym właśnie czasie, bym zstąpił na Ziemię i jej zapobiegł.
Szambelan poczuł, że archanioł zbliża się do niego. Ich jestestwa spotkały się na mgnienie, a wysłannik boży poznał w tym czasie od Szambelana wszystkie ludzkie myśli i uczynki, całą historię rodzaju ludzkiego z dwóch tysięcy lat – bo tyle czasu nie był tu wcześniej.
- Wskaż mi tego, który może decydować o losach świata.
Szambelan przywołał jego obraz.
- Nie zdołasz go przekonać Archaniele. Ten człowiek nosi krew na rękach i nie ma sumienia. Nie jest też wierzący, a całe swoje życie poświęcił na zdobycie władzy i jej utrzymanie.
- Mylisz się Szambelanie. Usłyszałem jego ostatnią myśl, którą wzniósł do Pana naszego. Tyle wystarczy, by przekonać go do zmiany zamierzeń.
Szambelan usłyszał tylko cichy świst za swoimi plecami i poczuł, że znów jest sam w czerni mroku, z którego obserwował Ziemię ze wszystkich stron jednocześnie, widząc wszystkich ludzi na niej żyjących, słysząc wszystkie słowa na niej wypowiadane i odczytując wszystkie myśli jej mieszkańców.

 

Komentarze (6)
rutynowa kontrola cd
 Oceń wpis
   

XXX

- Jam jest Panem twoim – przedstawił się archanioł.
Prezydent byłby się zerwał się jak oparzony zza biurka, gdyby nie fakt, że wszystkie mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Przed nim w rogu gabinetu pojawiła się dosłownie znikąd sylwetka, której nie można było przyrównać do niczego co znał. Wysoka, sięgająca głową sufitu postać gorzała jasnym światłem, ogniem niemalże, ale był to ogień biały, bardziej zresztą żar niż płomień. Archanioł, który poznał od Szambelana nowe ludzkie zwyczaje, postanowił objawić się w ciemnym garniturze, by przyjąć wcielenie, którego prezydent mógłby się najmniej wystraszyć, ale jego nagłe pojawienie się i tak wywołało piorunujący efekt. Urzędnik nie był w stanie powiedzieć słowa, patrzył tylko w ciszy przed siebie, dolna żuchwa opadła o kilka centymetrów, dłoń trzymająca papierosa zwiotczała i opadła na blat biurka. Papieros potoczył się po nim kilka centymetrów pozostawiając za sobą kupkę popiołu.
Archanioł ruszył w kierunku prezydenta. Bardziej płynął niż szedł. Ponieważ miał zamiar przeprowadzić rozmowę, a nie strachem zmusić człowieka do posłuszeństwa, sunąc tak zmniejszył rozmiary swojej postaci o dobrze ponad metr, a światłość, która biła od niego zmniejszyła się znacznie. Jedynie wokół głowy pozostała wyraźnie widoczna i świeciła tak mocno, że prezydent z trudem dostrzegał rysy twarzy swojego gościa.
- Czy mógłbym dostać jednego? - zapytał archanioł wskazując na papierosa tlącego się na blacie biurka. Po trosze był ciekawy, jakiż to smak ambrozji pcha ludzi w objęcia śmierci, bardziej jednak chciał nieco uspokoić człowieka, któremu się objawił.
Prezydent w tej chwili odzyskał czucie własnego ciała i władzę nad mięśniami. Trzęsącą się ze zdenerwowania ręką wyszarpał paczkę z kieszeni i podał w kierunku swojego nowego pana, którego imienia nie znał, lecz domyślił się, że rozmawia z Bogiem jego wysłannikiem, bo nie potrafił znaleźć innego wytłumaczenia. Zamierzał podać też zapalniczkę, ale zauważył w porę, że końcówka papierosa rozżarzyła się już, zapalona niewidocznym płomieniem.
- Tto jest bardzo szkodliwe – ostrzegł prezydent, ale uczynił to zbyt późno, bo archanioł zdążył się zaciągnąć, po czym wybuchnął głośnym kaszlem. Prezydent w każdym razie uznał, że dźwięki dzwonu bijącego na huraganowym wietrze, które wydaje z siebie archanioł, a które rozrywały mu niemal bębenki mogłyby być kaszlem, gdyby pochodziły z gardła człowieka.
- Jak możesz to palić? - zapytał zdziwiony archanioł, kiedy już odzyskał oddech. - Przecież od wdychania tego trującego dymu umrzesz, a nie jest to nawet przyjemne.
Prezydent zrozumiał, że jego gość nie jest jego przywidzeniem, i co więcej, że wie na jego temat wszystko, łącznie z chorobą, która toczy go od dłuższego czasu, a której istnienie on sam tylko podejrzewał. Powoli odzyskiwał też rezon.
- Jeśli umrę, to nie na raka płuc, ale z ciekawości, co mnie czeka po śmierci – powiedział.
Archanioł wziął swojego papierosa, oraz tego który leżał na biurku i zaczynał już je osmalać, po czym zgasił obydwa w ręku i wrzucił niedbałym gestem do popielniczki.
- Każdy z was kiedyś umrze i pozna tajemnicę życia po śmierci. Ale zanim to nastąpi, musisz coś jeszcze zrobić na tym świecie.
- Co tylko zechcesz Panie – zapewnił prezydent.
- Nie dopuścisz do wybuchu wojny, która oznaczać będzie śmierć miliardów ludzi, a którą niewielu przeżyje – nakazał archanioł.
- Panie, jeśli taka jest Twoja wola, nie zacznę wojny. Ale jeśli tego nie zrobię, zaatakują nas nasi wrogowie, Chińczycy. A wojna i tak wybuchnie. Nie zapobiegnę jej.
- Czego chcą od was wasi wrogowie?
- Cały świat nawiedza klęska głodu. I oni domagają się wydania im naszej żywności. Jeśli tego nie zrobimy, zaatakują nas.
- Daj im zatem to, czego chcą.
- Panie, jeśli to zrobię, skażę mój lud na śmierć głodową, bo żywności mamy zbyt mało nawet na to, żeby wyżywić swój kraj
- Powiadam ci – archanioł przeszedł na bardziej oficjalny język – wydaj im całą żywność jaką posiada twój kraj, bo lud twój nigdy więcej nie zazna głodu.
- Tak Panie.
- Następnie głoś światu o naszym spotkaniu. Pozostaniesz na czele ludu swojego jako mój namiestnik, byś mógł do końca życia głosić słowo Boże wszystkim ludziom na Ziemi. Spraw, aby usłyszał każdy na świecie, że gniew Pana naszego jest wielki i spadnie na ludzkość, jeśli nie porzuci ona swoich snów o mamonie na rzecz jedności i budowania wspólnoty.
- Dobrze Panie, ale pamiętaj proszę, że jestem śmiertelnie chory i nie długo będę mógł spełniać Twoją wolę.
Archanioł podszedł do prezydenta i położył mu dłoń na czole.
- Jesteś uzdrowiony – powiedział – a siły twoje zostały odbudowane. Będziesz żył jeszcze dwa pokolenia na chwałę Bożą i dla jej korzyści.
Po czym rozmył się w powietrzu znikając tak samo nagle, jak się pojawił. 

XXX

Generał Masfiejko jak diabeł po ogień wpadł do mesy, pełniącej teraz także rolę pokoju narad.
- Prezydent zwariował! – zawołał w kierunku siedzących przy stole oficerów. Skutecznie skupił na sobie ich uwagę. - Chce wstrzymać atak na Chiny! - dodał.
- Spokojnie generale – tubalny głos admirała Konopiejewa próbował zapanować nad budzącym się jazgotem, bowiem wszyscy – a było ich w pomieszczeniu tuzin – zaczęli mówić jednocześnie. - Czy powiedział dlaczego zmienia wypracowaną dopiero co strategię?
- Owszem, powiedział. Zamierza oddać Chinom nasze zboże, nasze zapasy!
- Nie może być. Przecież wtedy my zginiemy z głodu. A kto z nami się podzieli? Ukraina? Na pewno nie – zawołał generał broni z końca sali.
- Cisza! - wrzasnął admirał. - Czy prezydent powiedział dlaczego chce to zrobić? - zapytał Masfiejko, kiedy sala spełniła już jego życzenie.
- Powiedział, że musi wypełnić rolę bożą. Kazał się połączyć z pierwszym sekretarzem Wanem, chce odbyć z nim rozmowę telefoniczną.
Przez salę ponownie przeszedł szmer, ale mało kto chciał zabrać głos przed admirałem, który zdołał już siłą swojego głosu podporządkować sobie resztę oficerów.
- Powinien nam się wytłumaczyć z tego pomysłu – uznał Konopiejew.
- Byle szybko, bo nie mamy już czasu na przyjmowanie nowej strategii. Ultimatum upłynie za pół godziny – powiedział z tyłu generał broni.
- To prawda! - podniósł głos Masfiejko. - Nie mamy już czasu szanowna generalicjo. A moim zdaniem prezydent zwariował, albo jest pod wpływem jakiejś substancji. Musimy wymóc na nim wydanie rozkazu ataku, bo on nie panuje nad myślami. Pomysł z oddaniem żywności to przecież desperacja, gest poddańczy, na który nawet gdybyśmy chcieli zacząć stosować nową politykę wobec Chin, nie możemy sobie przecież pozwolić w obecnej sytuacji, kiedy świat ogarnęła klęska głodu, a surowce naturalne są na wyczerpaniu.
- Co tu się wyrabia? - zapytał prezydent zza pleców generała Masfiejki, energicznie wkraczając do mesy. - Co z moim połączeniem? - zwrócił się do niego. - Czy muszę przypominać panie generale, że musimy działać błyskawicznie? Liczy się każda sekunda, a pan tu stoi i prowadzi dyskusje?
Cała sala, w której zgromadzili się dowódcy wszystkich sił zbrojnych Rosji, mogła zobaczyć, że istotnie prezydent jest w odmienionym stanie. Zmęczenie wyraźnie ustąpiło, ale prezydent nie był po prostu rześki. Przygarbiona wcześniej sylwetka teraz się wyprostowała, kroki prezydenta nabrały sprężystości, jakby stawiał je dwudziestolatek, a nie urzędnik, który dawno powinien był już przejść na emeryturę. Ale przede wszystkim uwagę skupiały jego oczy, które co chwilę zdawały się słać błyskawice, jakby każda sekunda przynosiła w nich przebłysk nowej myśli, albo umocnienie poprzedniej. Przynajmniej połowa zebranych w sali oficerów – a każdy z nich miał za sobą co najmniej 48 godzin bez snu – pomyślała, że prezydent użył jakiegoś stymulantu, ale przesadził z dawką. Druga połowa zastanawiała się, czy to czego użył, na pewno ma legalne pochodzenie.
- Panie prezydencie. Chcielibyśmy usłyszeć choć kilka słów wyjaśnienia, zanim zmienimy plan działania – powiedział admirał Konopiejko.
- Admirale, jako prezydent jestem zwierzchnikiem sił zbrojnych, i nie muszę się przed nikim tłumaczyć. Ale rozumiem, że wasze obawy wynikają z troski o stan kraju. Więc spieszę wyjaśnić, że nie mamy się już czym martwić. Przed chwilą, kiedy zostałem sam w moim gabinecie, pojawił się u mnie sam Pan Bóg. I on sam powiedział mi, że mam oddać nasze zboże Chińczykom, ponieważ nie ma to już żadnego znaczenia. Zapewnił mnie, że od tej pory już żaden Rosjanin nigdy nie zazna głodu.
Słowa prezydenta przebrzmiały w kompletnej ciszy. Generalicja wpatrywała się w swojego wodza ze zdumieniem, które nie byłoby większe, gdyby oświadczył, że zamierza rozwiązać żywieniowe problemy kraju przyciągając do Ziemi księżyc, który – jak go zapewniono – zbudowany jest z sera gouda.
Pierwszy oprzytomniał generał broni. Wyciągnął z kabury pistolet, wymierzył ponad ramieniem generała Masfiejki (który na swoje szczęście miał tylko sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu) i strzeli prezydentowi w czoło. Zwierzchnik sił zbrojnych padł bez życia na betonową posadzkę.
- Musiałem to zrobić. Wszyscy widzieliście, że nasz prezydent oszalał. A trzeba nam działać, bo liczy się każda sekunda. Słyszeliście przecież, że sam tak powiedział – tłumaczył się drżącym głosem obawiając się konsekwencji swojego czynu. Prezydent nie był pierwszą osobą, którą zabił w życiu, ale z pewnością był jego pierwszym zabitym prezydentem. I pierwszą osobą zabitą przy tak wielu świadkach. - Od tej pory władza należy do generała Masfiejko – dodał, jakby chcąc odwrócić od siebie uwagę oficerów, którzy nie wyszli jeszcze z szoku, ani po słowach prezydenta, ani po udanym zamachu na jego życie.
Nowy przywódca sił zbrojnych pochylał się przy zwłokach prezydenta z niedowierzaniem. Sprawdził tętno, a stwierdziwszy jego brak, przymknął powieki swojego byłego przywódcy. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że razem z oczami prezydenta zakrył też nadzieję, która biła z nich nawet po śmierci.
Masfiejko szybko zdołał sobie przypomnieć o powadze sytuacji. Wrócił do prezydenckiego gabinetu, podniósł czerwoną słuchawkę i powiedział:
- Mówi generał Masfiejko. Prezydent nie żyje. Zgodnie z ustawą o działaniu sił zbrojnych w czasie wojny, władza należy obecnie do dowódcy sztabu generalnego. Czyli do mnie. Nakazuję rozpoczęcie operacji „Apokalipsa” i uderzenie na Armię Ludową Chin rakietami jądrowymi, wedle wydanych wcześniej instrukcji.
- Tak jest – odpowiedział mu bez wahania głos z drugiej strony. 

XXX

- Kacperski, proszę zdać raport z sytuacji międzynarodowej – zażądał generał Masfiejko, siedzący u szczytu stołu. Oczy tuzina generałów zwróciły się w kierunku sierżanta sztabowego.
- Nasze uderzenie dotarło do celu – zaczął sierżant. - Jeszcze zanim to nastąpiło, swoje rakiety balistyczne dalekiego zasięgu wypuścili także Amerykanie, kierując je na Tokio, Pekin, Szanghaj, HongKong, Seul i szereg innych największych miast na terytorium Azji wschodniej. W odpowiedzi Chiny wystrzeliły swoje pociski w stronę USA i w naszą. W ciągu dwudziestu minut uderzą w Moskwę, a w ciągu dwudziestu ośmiu w Sankt Petersburg. Nasza obrona przeciwrakietowa spróbuje powstrzymać kontruderzenie, ale zapewne część pocisków dotrze do celu. W USA uderzyły także Japonia i Korea. Ponadto Indie wyprowadziły uderzenie nuklearne w Pakistan. Islamabad w odwecie wystrzelił swoją jedyną zdolną do lotu rakietę jądrową. Co interesujące – sierżant powiódł po sali, chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście wzbudza zainteresowanie – skierował ją nie w Deli czy Bombaj, ale na przedgórze Himalajów, roztapiając olbrzymie ilości lodu i przyczyniając się w ten sposób do skażenia niemal wszystkich najważniejszych źródeł wody pitnej w Indiach. Iran i Turcja zaatakowały wspólnie Izrael. Także bronią jądrową. Izrael odpowiedział adekwatną siłą uderzeniową. Wojnę USA wypowiedziały także Brazylia i Argentyna, ale tylko Brazylia zdecydowała się na uderzenie, które dosięgło już Meksyku, który stanął po stronie Amerykanów, a za kilka minut rakiety powinny uderzyć w miasta w południowych stanach USA. Zachodnia Europa toczy wojnę ze sobą – Francja, Niemcy i Wielka Brytania uderzyły wzajemnie w siebie. Wojna rozgorzała także w Afryce, choć tam walki trwają przy użyciu broni konwencjonalnej. Obecnie w stanie wojny znajduje się około stu osiemdziesięciu państw, przy czym uczestniczą w niej wszystkie kraje z G20 i niemal wszyscy członkowie ONZ. Teatrem wojny nie została objęta grupa wyszechradzka w Europie, niektóre państwa zachodniej Afryki, Australia, Nowa Zelandia i większość małych państw południowego Pacyfiku. Co do Australii, nie mamy pewności, czy po krwawej wojnie domowej, która wybuchła tam kilka dni temu, państwo to nie bierze udziału w wojnie ze względu na brak stabilności, czy też władzę przejęli...
Beznamiętną recytację sierżanta przerwał dźwięk telefonu. Generał Masfiejko kazał przenieść linię czerwoną do sali narad. Dowódca sztabu generalnego podniósł słuchawkę.
- Masfiejko – warknął.
- Generale, wiem że to może niestosowna chwila, ale uznałem, że powinien pan o tym wiedzieć – usłyszał w niej głos oficera dyżurnego ze sztabu pod Moskwą.
- To znaczy o czym?
- Z całego kraju, ze wszystkich prawie naszych jednostek otrzymujemy dziwne meldunki.
- Dotyczące... - generał zaczynał się niecierpliwić.
- Z tych meldunków wynika generale, że nasze zboże rośnie.
- Co wy tu ze mnie debila robicie. Co z tego, że rośnie? To chyba normalne, że zboże na polach rośnie! Mamy środek maja do jasnej cholery!
- Tak jest generale. Ale nie chodzi o rośliny. Mam na myśli ziarno w spichlerzach. Jego przybywa.
- Jak to przybywa? Mówże jaśniej!
- No więc doszły nas najpierw meldunki, że spichlerze zostały wysadzone. Wszystkie co do jednego, choć one nie wybuchły tylko zaczęły pękać. Początkowo myślano, że to dywersja, ale po zbadaniu sprawy bliżej okazało się, że te spichlerze zostały rozsadzone od środka. To ziarno zaczęło się w nich pojawiać w takich ilościach, że spichlerze popękały i porozlatywały się.
- Co wy mi tu pierdolicie poruczniku?! Jak to ziarno zaczęło się pojawiać. To ile tego jest?
- Na stan obecny szacujemy, że przez ostatnią godzinę stan naszych zapasów żywnościowych – bo nie tylko z ziarnem to się zaczęło dziać – wzrósł około pięciokrotnie. I wciąż rośnie, panie generale.

Warszawa, 16 kwietnia 2010

 

Komentarze (0)
krótkie posłowie
 Oceń wpis
   

opowiadanie to wymyśliłem w czasie ostatnich świąt Wielkanocnych. Zacząłem je pisać zaraz po świętach, ale nie zdążyłem dokończyć przed tragedią w Smoleńsku. Później nie miałem nastroju do pracy. Dokończyłem je jednak szybko - musiałem. Bardziej wyrzucić je z siebie niż napisać.

Nie jestem teologiem. Jeśli czyjeś uczucia religijne zostały urażone - przepraszam. Nie miałem takiego celu.

niżej napisałem, a następnie skasowałem jego własną interpretację. Ta należy do was :) Mam nadzieję, że opowiadanie się podobało.

Do przeczytania :)

Komentarze (0)
to już miesiąc?
 Oceń wpis
   

trudno uwierzyć jak szybko mija czas. Ledwie się człowiek przyzwyczaił do zimy i wszechobecnego śniegu, a ten już znika pod promieniami słońca.

Prace idą dobrze, choć z przerwami. Nadmiar śniegu zmusił mnie do wielu prac przy domu, olimpiada też skutecznie odrywała od klawiatury. Tak jak zwykłe lenistwo i mniej zwykłe kłopoty z okiem. Można pisać oczywiście mając tylko jedno sprawne oko, ale kiedy drugie pobolewa, nie daje to satysfakcji. Jest to jednak przede wszystkim dobre wytłumaczenie własnej bierności - nadmiar obowiązków, zmęczenie, niezbyt uciążliwa, ale jednak choroba.

Z tym moim pisaniem jest tak, że ciężko mi się za nie zabrać. Za to jak już idzie, to żałuję każdej najmniejszej chwili spędzonej na czymś innym. Dziwne to trochę. Boję się wziąć do pracy, ona sprawia mi nadzwyczajną satysfakcję, ale następnego wieczoru znów mija jakiś czas zanim napiszę pierwsze słowo.

Chciałem mieć 20 stron, mam trzynaście... Pisałem dwa tygodnie bez dnia przerwy. Później sprawa z okiem, olimpiada, coś innego jeszcze. Zrobił się tydzień. Przeczytałem to co napisałem do tej pory. Dramat (nie forma, tylko jakość). Pisząc myślałem, że idzie nieźle. Po przeczytaniu całości - okazuje się, że znowu rzecz nieudana. Tydzień przerwy i rozmyślań, czy warto kontynuować. Wymyśliłem coś, co mogłoby uatrakcyjnić treść, gdybym miał wiedzę i umiejętności, by tę wiedzę przekazać. Chodziło o chorobę psychiczną. Dziś właśnie zasięgnąłem opinii psychiatry. Wymyślone przeze mnie objawy choroby nie istnieją. To znaczy choroby w takiej formie nie ma (co oznacza, że np. Podziemny krąg jest wyssaną z palca bujdą, podobnie jak setki innych rzeczy, w których bohaterowie widzą wytwory własnej wyobraźni pod postacią logicznie wypowiadających się osób). Mimo wszystko przeczytałem wczoraj całość raz jeszcze i z tym razem z większym dystansem uznałem, że da się to czytać. Więc praca będzie kontynuowana. Pewnie do czasu, aż znowu nie spojrzę za ramię... Postaram się powstrzymać od tego i nie czytać więcej niż stronę wstecz. W każdym razie jakoś to idzie. Jeśli będę pisał 1,5 strony dziennie, to wliczając przerwy "na życie" do końca marca powinienem mieć 40 stron. Jak tak dalej pójdzie, to może gdzieś jesienią skończę. To by było coś!

Ale ile determinacji i wiary we własne możliwości jest przy tym potrzebne... Cóż, wielu ludziom się udało, o czym świadczą pełne półki w księgarniach, gdzie wciąż przybywa nowych tomów. Jednak porównuję sobie to nowoczesne pisarstwo z dawnym i widzę, że także - przynajmniej w nurcie beletrystyki - sporo zmieniło się na gorsze. Autorzy chcą sukcesu, a utożsamiają go z pieniędzmi. Ze  sprzedażą.

Zastanawiam się, czy to dobra droga może być. Weźmy kogoś, kto pisze książkę, a ona osiąga sukces. Są pieniądze, ale one przecież zaczynają się kurczyć. Trzeba napisać kolejną. Może część (części uzależniają czytelników). Ta może być lepsza lub słabsza, ale nie zmienia to faktu, że trzeba napisać kolejną, żeby znów zarobić pieniądze. Niby fajny fach, ale za którymś razem człowiek  może nie mieć już niczego do powiedzenia. Wtedy zaczynają się schody, bo pisać trzeba. Powstają więc gnioty, chyba że autor jest prawdziwym geniuszem i nawet kiedy chałturzy jest w tym mistrzem.

Są też idealiści. Ale ich z kolei nikt nie czyta.

Jak więc być pisarzem w obecnych czasach, żeby ani nie staczać się, ani nie skazać się z góry na zapomnienie? Oczywiście nie mam o tym pojęcia, ale wydaje mi się, że to może być tylko dodatkowe zajęcie. Rodzaj hobby, które ma sprawić frajdę. Tylko nią. 

Dlatego nie wiem, czy kiedykolwiek coś co piszę trafi jeszcze na tego bloga. Ale tę decyzję podejmę dopiero jak skończę, a do tego jeszcze długa droga. Bardzo długa i mam przeczucie, że ciernista. Mimo to, wierzę że potrafię przejść ją do końca.

aha. dzięki Marcinowi podpiąłem google stats i przekonałem się, że liczba odwiedzin jest w rzeczywistości znacznie mniejsza. Między dwie a pięć osób dziennie :).  Czuję się z tym znacznie raźniej.

i jeszcze kawał wymyśliłem. głupi. Ale dzielenie się głupotą jest najbardziej ludzką rzeczą.

- Jaka jest ulubiona stacja telewizyjna doradców finansowych?

- Na 100 procent  Ltv.

:)

dobranoc. następny wpis 6 kwietnia.

Komentarze (1)
słowo się rzekło
 Oceń wpis
   

informacji dobrych nie mam. prace idą bardzo powoli. za to być może efekty będą lepsze. Mam rozgrzebanych kilka tematów, z których większość kończy się na 13 stronie. Jak tu nie wierzyć w przesądy? Z tematów tych nie rezygnuję. Dokończę je kiedyś mam nadzieję. Ale na razie postanowiłem skupić się na jednym.

Niestety, ten właśnie jeden był dość daleko zaawansowany. Piszę niestety, ponieważ doszedłem do wniosku, że potrzebne są głębokie zmiany. tak głębokie, że trzeba było zacząć od nowa. Ponad pięćdziesiąt stron już tego było, ale wolę je napisać od nowa niż pokazać tak nieprzygotowane.

Ostatnie tygodnie zeszły mi więc na przygotowaniach. Napisałem scenariusz, zrobiłem niezbędny research. Niezbędny do tego, żeby zacząć. Zbyt mały, żeby skończyć. Ale dalsza wiedza, którą zamierzam nabywać w miarę potrzeb, nie powinna mieć już wpływu na scenariusz.

Dużych projektów nie można pisać samym entuzjazmem. Dotąd, kiedy zaczynałem pracę wiedziałem zwykle jak ma się rzecz zaczynać i czym kończyć. natomiast to co w środku było pewną tajemnicą nawet dla mnie. A w dodatku wszystkie plany nosiłem w głowie.

Teraz postanowiłem to trochę zmienić. zapewne tak będzie odrobinę bardziej profesjonalnie. zobaczymy jaki będzie efekt końcowy.

Gdyby to kogoś obchodziło - poczyniłem kilka obserwacji. Najtrudniej tworzy się postać. Taką z krwi i kości, a nie jednowymiarową, czy nawet bezwymiarową - jak przy Włamywaczu. Jest to zadanie, z którym mam duże problemy. Postać, która będzie wyłącznie twardzielem rozbijającym nosy złym facetom nie jest dla mnie - a pewnie i dla wielu czytelników - interesująca. Z drugiej strony znam swoje ograniczenia. Nie potrafię przedstawić takiego studium charakterów jak mój ulubiony pisarz - Camus. Ponieważ w kółko czytam jego powieści, od dłuższego czasu poszukiwałem kogoś innego. I w końcu znalazłem na półce własnego domu. Emil Zola. Nie pamiętam tytułu. Mam dziwaczny zwyczaj zwracania uwagi na nazwisko, natomiast często nie wiem jaki tytuł nosi książka, którą właśnie czytam, choćby nie wiem jak mi się podobała. Nie jest to w końcu takie ważne, prawda? Ok, znalazłem w googlach - to Germinal.

Nie czytam tego pod kątem politycznych czy społecznych przekonań (Zola, jak się przed chwilą dowiedziałem z wikipedii był nie tylko naturalistą, ale także socjalistą i antyklerykałem), ale pod względem przenikliwego studium charakterów. Choć książka jest wybitnie pesymistyczna, to mimo woli uśmiecham się pod nosem kiedy ją czytam - tak bardzo trafne wydają mi się jego spostrzeżenia dotyczące natury ludzkiej, pewnych cech, wyznawanych zasad i wynikających z nich uczynków.

Jest to coś, co sprawia mi przyjemność, a zarazem przykrość. Przyjemność, bo to w moich oczach dzieło sztuki. Przykrość, ponieważ jest to napisane na poziomie nieosiągalnym. Nie tylko zresztą dla mnie, jak sądzę. Znacznie ważniejsza jest jednak przyjemność z czytania i podziwiania słów, bo talent miał Zola niecodzienny.

Przeczytałem też Stiega Larssona pierwszą część trylogii i muszę przyznać, że nie do końca rozumiem źródło sukcesu jego powieści. Są naturalnie błyskotliwe, dobrze napisane. Ale postaci - choć robią wrażenie dobrze zbudowanych - są jednak rozpisane dla wygody autora (genialna hakerka, uczciwy dziennikarz z przekonaniami) - takich ludzi nie spotyka się w życiu. Być może dlatego spotyka się ich w powieściach? Samo śledztwo ma tylko jeden moment przełomowy. Jeden zwrot akcji na 600 stron... A jednak czyta się to z zainteresowaniem. lecz przy całej wrzawie i licznych opiniach zachwytu nad jego książkami czułem się nieco zawiedziony. Mi najbardziej podobały się wątki dotyczące ekonomii, opisujące działanie przedsiębiorców i przedsiębiorstw.

Druga z obserwacji poczynionych przy pisaniu dotyczy... muzyki. King napisał taką książkę - jak należy pisać, rodzaj elementarza dla wszystkich, którzy pragnęli by go naśladować. Z całej książki zapamiętałem jedno - obywać się bez przysłówków i w miarę możliwości bez przymiotników. Porównania są o wiele cenniejsze i lepiej działają na wyobraźnię czytelnika. Drugą ważną uwagę zbagatelizowałem. Kilka miesięcy temu przypomniałem ją sobie. Chodzi właśnie o muzykę. Dobrze, żeby grała. Muzyka świetnie pomaga wczuć się w nastrój, przenieść się do innego świata. Odkryłem jednak, że ważny jest nie tylko rytm (pomaga - w końcu na klawiaturze też się coś tam wybija), ale też klimat tej muzyki. Innymi słowy - pisząc Włamywacza słuchałem ścieżki dźwiękowej do "Zagubionej autostrady". Niesłychanie klimatyczna płyta (przysłówek i przymiotnik obok siebie - a więc nic nie warte puste stwierdzenie), pomocna w opisywaniu niepokojących, nie do końca zrozumiałych zjawisk (ścieżka pasuje zatem niezwykle do filmu). Ta sama muzyka towarzyszyła mi przy pracy nad "Fantazją..." i efekt nie był już tak dobry (nie mam na myśli jakości tekstów, ale klimat pracy)a. Próbowałem wrzucić Wysockiego, ale efekt był jeszcze gorszy (tzn. wcale nie dało się pisać). Więc dobór tematu muzycznego okazuje się być ważnym składnikiem pracy przy pisaniu.

I chyba na razie tyle. Mam nadzieję, że za miesiąc będę miał gotowych ze dwadzieścia stron, ale życie niesie ze sobą wiele nieprzewidzianych zdarzeń. Głównie przeszkód. A nadal nie mogę pisać więcej niż przez godzinę czy dwie dziennie. Nawet przy moim tempie pisania (bez fałszywej skromności przyznaję, że nadawałbym się na sekretarkę piszącą na komputerze dyktowane przez dyrektora listy) nie jest to zbyt dużo czasu.

następny wpis za miesiąc. 1 marca. nie wcześniej. to zdanie adresuję do tych, którzy zaglądają częściej niż raz w miesiącu. W styczniu było 1200 gości... Piszę to, bo zawsze odczuwam wyrzuty sumienia z  powodu pustki na blogu, która musi wywoływać choćby krótkie i nieznaczące, ale uczucie niedosytu u wchodzących na blog. Do marca niczego nowego nie zamieszczę. Raczej :).

 

Komentarze (0)
umowa
 Oceń wpis
   

niestety, to nie jest kolejne opowiadanie. Co więcej, kolejne nie powstanie szybciej niż przed końcem zimy. Ponieważ jednak stale zagląda tu kilkadziesiąt osób dziennie, a podejrzewam, że są to osoby, które po prostu sprawdzają czy nie popełniłem czegoś nowego i za każdym razem się rozczarowują, czuję się w obowiązku do zaproponowania pewnego rozwiązania.

Powiedzmy, że w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca będę informował jak idą postępy, albo przynajmniej kiedy można się spodziewać jakiejś publikacji.

Uczciwie przyznam, że ostatnie dwa tygodnie przebimbałem i zatraciłem się w pasywnym wypoczynku :). Z nowym rokiem udało mi się rozwiązać pewną istotną kwestię dla dalszego ciągu tekstu nad którym pracuję, co dodało mi wiary w powodzenie całego projektu. Niestety (?) jest on zakrojony na nieco większą skalę niż te, które opublikowałem tu do tej pory. Wiem więc, że nie uda się skończyć tego szybko. W dodatku doszedłem do przekonania, że nie powinienem się wcale spieszyć. Co prawda wysoka - w moim przekonaniu - liczba odwiedzin tego blogu (w grudniu prawie 2 tys. wejść!) powoduje, że odczuwam pewnego rodzaju presję, ale z drugiej strony pomyślałem, że jeśli to co piszę ma być prawdziwie dobre, musi wymagać czasu. I pracy rzecz jasna też. Porównałem sobie w myślach pisanie do sklejania modelu średniowiecznego trzymasztowca. Cierpliwość, dbałość o szczegóły - to jest potrzebne. Pośpiech nie jest więc wskazany.

W dodatku po zakończeniu projektu zamierzam odłożyć go na miesiąc, żeby odleżał trochę przed korektą, która również może zabrać kilka tygodni. W tej właśnie przerwie zamierzam napisać nowe opowiadanie dla czytelników bloga. Później zajmę się korektą i jeśli będę zadowolony z efektów, dopiero wówczas zajmę się publikacją. Wygląda na to, że mam zajęcia do końca roku :).

Z nowym rokiem życzę wam więc Szanowni Czytelnicy cierpliwości, a sobie tego samego, oraz wiary i determinacji bez której nigdy nie dałbym rady. Wam naturalnie te zalety też się przydadzą.

Do przeczytania za miesiąc

Komentarze (2)
Fantazja nie tylko małżeńska
 Oceń wpis
   

„Wybrałeś sobie zły czas na umieranie” - pomyślała Szila spoglądając na trumnę męża otoczoną wiankiem gromnic świecących nikłymi, dyskretnymi płomykami i udekorowaną skromną wiązanką żałobnych róż. Wieko było zatrzaśnięte, trumna stała na stelażu zasłaniając kościelny ołtarz.
Nie zgodziłby się z jej zdaniem, naturalnie. Jak to on. Nie był wierzący, za to wszędzie dopatrywał się ironii losu, czy też jego zrządzeń i wyroków. Gdyby mógł odpowiedzieć jej myślom powiedziałby teraz:
- Wprost przeciwnie. Umarłem dzień po swoich urodzinach i dzień przed Wszystkimi Świętymi. Zamiast chodzić na cmentarz trzy razy w roku, i trzy razy dawać na mszę w mojej intencji, opędzisz się jedną. Dziś może tego nie rozumiesz, ale za kilka, kilkanaście lat, kiedy będziesz miała już nowego męża i dzieci, docenisz ten uśmiech losu, Szila.
Szila nie miała na imię Szila. Konrad po prostu tak ją nazywał, bo przypominała mu jakąś aktorkę. I tak już zostało. Po dziesięciu latach znajomości, w tym pięciu małżeństwa, wszyscy wokół zwracali się do niej Szila, nawet jej własna matka, która teraz siedziała z lewej strony. Jakby za sprawą nadanego jej przezwiska świat zapomniał, że ma na imię Magda. Nie przeszkadzało jej to na ogół, a czasem sprawiało nawet przyjemność, kiedy ktoś, kto nie znał jej dobrze – na przykład ktoś nowy w pracy – zwracał się do niej po imieniu. Jakby zwracał jej dawną tożsamość, identyfikację z dawnymi beztroskimi latami. Tak to już jest, że dawne dni – jakie by nie były, to jeśli tylko upłynęły w miarę spokojnie – wspomina się jako lata beztroskie, bagatelizując byłe, dawno już rozwiązane albo ominięte problemy, a trudną teraźniejszość postrzega się właśnie przez pryzmat nierozwiązanych spraw. A Konrad zostawił mnóstwo nierozwiązanych spraw. Przede wszystkim nie zostawił żadnych instrukcji, jak Szila ma teraz żyć, z czego płacić rachunki i raty kredytów. Nigdy nie dał jej dostępu do swojego konta, nigdy prawie nie rozmawiali o pieniądzach. Wiedziała, że dom jest na kredyt, jej samochód także, że mają trochę akcji, trochę oszczędności w lokatach, ale ile i w jakim banku, tego nie wiedziała. Konrad – odkąd go znała – zawsze radził sobie z pieniędzmi, stać go było na pokrywanie wydatków. Nigdy nie wspominał ile wynosi czynsz, ile rata, ile mu zostaje z pensji. Pensja – to wiedziała – wynosiła 15 tysięcy. Wystarczała jej wiedza, że tyle właśnie wynoszą jego comiesięczne dochody, czasem dochodziła jakaś premia. Ale nie wiedziała, co się z tymi pieniędzmi działo dalej. A teraz, teraz nie było już Konrada, ani jego pensji. Jak zwykle na początku miesiąca dawał jej trochę gotówki na prowadzenie domu. Wciąż na nią czekała, bo miała zaplanowanych kilka wydatków, choć wiedziała już, że przecież mąż niczego jej już nie da. Jakby nagle stał się bezrobotny, jakby nagle stał się biedakiem i nie mógł już więcej dawać. Lecz on po prostu nie żył.
Nie zostawił jej też dzieci i nie wiedziała, czy cieszyć się z tego powodu, czy żałować. Co miałaby im teraz powiedzieć? Jak przygotować obiad, jak ubrać na taką okoliczność, jak zmusić do zachowania niezbędnej powagi? Nie jej zmartwienie. Z drugiej strony, gdyby mieli dzieci, mogłyby choć trochę odciągnąć jej uwagę, zdekoncentrować, odsunąć tę śmierć na dalszy plan. Jakby nie umarł, lecz wyjechał na przykład. Na długą delegację. Ukoiłyby by ból. Lecz czy naprawdę było co koić? Płakała kiedy wspominała wszystkie wspólne lata, płakała nad sobą, bo nagle dobrze znana droga życia zniknęła w nieprzeniknionej mgle przyszłości i nie było nikogo, kto wziąłby ją pod rękę i poprowadził dalej, lecz przecież serce jej nie pękało. W ostatnim czasie Konrad był mniej obecny w jej życiu. Jego strata, choć nagła, była przez to mniej bolesna.
- Muszę ostrzej wziąć się do pracy – powiedział, kiedy ostatni raz poważnie rozmawiali o przyszłości. Zwykle w noc noworoczną ich rozmowy wcześniej czy później schodził na temat planów. - Idzie kryzys, będą zwolnienia, będą cięcia. Jeśli będę mocniej się starał, nie ruszą mnie – dodał.
I miał rację. Kryzys nadszedł, wszędzie mówiło się tylko o nim. O bankructwach, o zwolnieniach, o programach naprawczych, o krachu, o drogim euro, o tym że nie starczy na nowe drogi, a może i na emerytury. Tyle słyszała nie tylko od męża. Ale dla niej kryzys oznaczał co innego. Że Konrad przychodził coraz później z pracy, coraz bardziej zmęczony. Czasem nie miał siły nawet na kolację nie mówiąc o seksie. W weekendy chciał sobie cały stres wynagrodzić, uprawiał sporty. Najpierw pływał, potem – kiedy poprawiła się pogoda – biegał po lesie, a kiedy było już całkiem ciepło grywał w piłkę z kolegami w pracy. I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu oddalali się od siebie, znajdując coraz mniej czasu na rozmowę. Ktoś, kto przyglądałby się im z boku (a był ktoś taki) powiedziałby, że ich małżeństwo jest na dobrej drodze do rozpadu. Nie na skutek dramatycznych zdarzeń, zdrad, nałogów czy innych nadzwyczajnych życiowych zwrotów tak chętnie opisywanych przez prasę brukową, ale przez inercję. Tę prawie niewyczuwalną siłę, której nie dawało się powstrzymać. Zdrady, nałogi – to zawsze świadczyło o namiętnościach. Powolny rozpad jest ich zaprzeczeniem. Kiedy na pozór nic się nie działo, po prostu trochę rzadziej rozmawiali i spędzali ze sobą mniej czasu, więzy które ich kiedyś łączyły stawały się coraz luźniejsze. Jak sznurowadło, które zaraz po zawiązaniu zdaje się uciskać stopę, w miarę upływu czasu staje się coraz luźniejsze, a czasem się rozwiązuje. Być może czekał ich rozwód, być może nie – tego już nie można rozważać. „Los zdecydował za nas”, jak powiedziałby Konrad. „Raczej Bóg” - wtrąciłaby szybko matka Szili.
Siedziała tuż obok córki i zerkała na nią ukradkiem. Widziała, że młoda wdowa nie płacze, spogląda tylko przed siebie ze wzrokiem wbitym w jeden punkt dębowej trumny, co oznaczało, że raczej nie widzi niczego konkretnego przed sobą, lecz pogrąża się w myślach. Ada też rozmyślała. Chciała wydusić z siebie współczucie dla córki, uronić choć kilka łez, lecz nie potrafiła. Z wielu powodów. Płacz nie był jej naturalną reakcją na smutki, zwykle uciekała od żalu w pracę, w wir działania, nie dając sobie czasu na smętne rozmyślania, „z których nigdy nie ma niczego dobrego” - jak mawiała. Po drugie sama pochowała męża, ojca Szili, nieco ponad pięć lat wcześniej. I dla niej dzień śmierci własnego męża nie oznaczał bynajmniej życiowego pęknięcia, utraty sensu życia. Był ważną cezurą, lecz nie utraty sensu, a raczej momentu, od którego zaczęło się jego powolne odzyskiwanie. Zygmunt ostatnie lata swojego życia przechorował. Rak zabierał go powoli. Najpierw do szpitala, później ze szpitala na fotel przed telewizorem w domu, z fotela do łóżka, w którym spędził ostatnie tygodnie. Zwłaszcza te ostatnie tygodnie były udręką dla konającego, ale także dla żywych. Najpierw nie mogła patrzeć jak się męczy w trwającej zdałoby się w nieskończoność agonii, później sama czuła potworne zmęczenie ciągłym wycieraniem go, myciem, zmianą pościeli. Jakby był dużym niemowlakiem. Mówić prawie nie mógł, pod koniec nie mógł też sam jeść, pójść do łazienki, na jego ciele pojawiły się odleżyny. Kiedy wreszcie umarł, był to koniec mąk jego i jej. I choć była już zbyt stara, by z prawdziwymi, gorącymi nadziejami myśleć o ułożeniu sobie życia na nowo (choć takie marzenia miała, marzenia nie są przecież złe), nagle okazało się, że ma mnóstwo wolnego czasu, którego nigdy do tej pory w swoim życiu nie miała, skoncentrowana na pracy, na dbaniu o dzieci, później o męża, a na koniec o jego godne odejście. I z dnia na dzień stała się nagle wolna. Choć życie nie mogło jej już wiele zaoferować, starała się tę swoją wolność wykorzystać na różne sposoby. Pielęgnując kwiaty na balkonie, trochę podróżując (ceny wycieczek do Grecji, Włoch czy nawet Portugalii poza sezonem wakacyjnym okazały się zaskakująco przystępne i kuszące zarazem), trochę nawiązując internetowych znajomości.
Dlatego Ada widziała w trumnie zięcia nie śmierć, lecz nowe życie dla swojej córki. I dlatego nie potrafiła jej do końca współczuć, choć Konrad zginął nagle, tragicznie. Każda śmierć na drodze jest głupia i niepotrzebna, ale ta była wyjątkowo głupia. Jechał zbyt szybko, lecz kiedy zmieniło się światło na czerwone zdołał wyhamować przed skrzyżowaniem, tyle, że już za przejściem dla pieszych. Stał tak dłuższą chwilę, czekając aż ponownie zmieni się światło, lecz tego momentu już nie doczekał. Nagle jego samochód ruszył przed siebie, wprost pod koła pędzącego tira. Zginął, zanim zdążył zakląć ostatni raz. Nikt do końca nie wiedział dlaczego jego samochód ruszył. Według zeznań kierowcy stojącego za nim, bordowa avensis, którą prowadził skoczyła nagle do przodu. Być może samochód był na biegu, a noga Konrada ześlizgnęła się ze sprzęgła. Tak przypuszczała policja, lecz nie miała pewności. Konrad jechał tego dnia z Zośką – żoną brata Szili, młodszą od niej o prawie dziewięć lat. Zośka przeżyła, lecz doznała silnych obrażeń mózgu, choć z początku wydawało się, że zdarzył się cud. Zośka wysiadła o własnych siłach z samochodu, jakby nic się jej nie stało. Tylko z głowy, z miejsca, którym uderzyła w boczną szybę, ciekła krew. Później okazało się, że cud miał swoją cenę. Zośka nie poznawała nikogo z bliskich, nie wiedziała nawet, że brała udział w wypadku samochodowym. Amnezja zabrała jej nie tylko przeszłość, lecz też znaczenie słów, konwenansów, zachowań. Nie wiedziała, dlaczego ludzie mówią sobie dzień dobry, nawet w deszczowe, listopadowe popołudnie, dlaczego ktoś w szpitalu powiedział jej „na zdrowie”, gdy kichnęła, choć – jak już wiedziała – kichanie mogło świadczyć o przeziębieniu. W dużej części rozumiała co się do niej mówi, tylko niektóre słowa pomieszały się z ich znaczeniem. Na szczęście mogła mówić i mówiła chętnie, może nawet zbyt chętnie w pewnych sytuacjach. Tyle, że nie łatwo nie zawsze było zrozumieć, co ma na myśli.
- Kapelusz jest kaldo – powiedziała drugiego dnia po wypadku wskazując na talerz zupy podany jej w szpitalu. O ile łatwo zorientowano się, że talerz przypomina Zośce kapelusz, o tyle niewiele osób wiedziało, że „caldo” oznacza po włosku „gorący”, a Zośka biegle posługiwała się włoskim do czasu wypadku. Także i angielskim, więc zdarzało się, że w jednym zdaniu umieszczała słowa z trzech języków. Czasem więc nie rozumiał jej nikt w szpitalu, gdzie została kilka dni na obserwacji, ani nawet w rodzinie, ponieważ ani jej mąż, ani matka nie znali dobrze języków obcych. Konrad znał je znakomicie – zarówno angielski, jak i może nieco słabiej włoski. Ale on akurat nie żył.

Kościół powoli się wypełniał. Szila początkowo nie rejestrowała pojedynczo wchodzących ludzi, pogrążona w rozmyślaniach. Żałobnicy, w większości znajomi Konrada z tej czy innej firmy słabo znali jego żonę, albo nie znali jej wcale. Dlatego żaden z nich nie zdecydował się podejść do niej by porozmawiać i złożyć kondolencje. A nawet ci, którzy mieli zamiar to zrobić, rezygnowali widząc jak siedzi samotna (no, prawie – z matką po lewej). Odkładali tę kurtuazyjną rozmowę na później nie mając śmiałości podejść, ponieważ mieli świadomość, że staną się wówczas centralną postacią dla pozostałych zgromadzonych, którzy będą mniej lub bardziej uważnie obserwować czy nawet podsłuchiwać rozmowę. Gdy ludzi zebrało się odpowiednio dużo, mimo zachowania zbiorowego milczenia, szmer oddechów, westchnięć, szurań, zgięć strzykających stawów czy innych odgłosów towarzyszących sporej grupie ludzi, która mniej więcej w jednym czasie zajmowała miejsca i czekała cierpliwie na rozpoczęcie ceremonii, wykreował natrętnie powracający szum, a Szila zorientowała się w końcu, że nie jest już sama z matką i trumną. Że jej czas intymnego pożegnania z mężem dobiegł końca. Trochę tego żałowała.
Specjalnie przyjechała wcześniej. Na godzinę przed rozpoczęciem mszy. Chciała wynagrodzić mężowi, że nie czuwała wcześniej przy jego zwłokach, że nawet nie spojrzała na niego, kiedy był już martwy. Od swojego brata wiedziała, że po wypadku twarz Konrada została całkowicie zniekształcona, kości czaszki popękały, częściowo wgniecione w mózg („to było bezpośrednią przyczyną zgonu” - orzekł przybyły na miejsce wypadku lekarz). Nie chciała go takim zapamiętać, a bała się, że taki widok wymazałby z jej wspomnień obraz Konrada takiego, jakiego znała. Lekko szpakowatego już bruneta z wciąż gęstymi, kręconymi i rozwichrzonymi na wszystkie strony włosami. Z błyszczącymi niebieskimi oczami, w których zawsze czaiły się wesołe ogniki gotowe by rozbłysnąć przy najbliższej okazji.
Naturalnie poproszono ją o identyfikację zwłok. Telefon z tragiczną wiadomością zastał ją w domu. Był już wczesny wieczór. Po zmianie czasu na zimowy określenie „wczesny” nie miało znaczenia, skoro już o czwartej zapadał zmrok. W każdym razie około wpół do siódmej, kiedy szykowała w domu kolację zastał ją telefon. Spodziewała się, że Konrad zadzwoni zapytać, co powinien kupić po drodze w sklepie. Lecz to nie był on.
- Halo – odebrała, widząc, że na telefonie wyświetla się nieznany jej numer.
- Dobry wieczór – powiedział męski głos. „Niezwykle poważny” - pomyślała Szila. Ten „dobry wieczór” wydał jej się też wymuszony, jakby wypowiadany przez zmęczonego całym dniem pracy człowieka. - Pani Magdalena Okucka?
- Tak. Przy telefonie.
- Sierżant Jarosław Malicki z powiatowej komendy policji. Mam dla pani złą wiadomość.
Magda przełknęła ślinę, nic nie mówiąc. Czekała czując, jak nogi się pod nią uginają.
- Powinna pani usiąść – ostrzegł policjant, całkiem jakby widział i czuł co dzieje się z jego rozmówczynią.
Magda posłuchała. Usiadła na kuchennym krześle, które stało najbliżej. Nadal nic nie mówiła. Kiwnęła tylko głową nie zdając sobie sprawy, że sierżant Malicki nie może zobaczyć tego niemego przyzwolenia na kontynuowanie rozmowy.
- Siedzi pani? - upewnił się
Tak – szepnęła. - Tak – powtórzyła głośniej.
- Pani mąż zginął dziś w wypadku samochodowym – oświadczył sierżant.
Dalszy ciąg tej rozmowy byłby już trudny do odtworzenia. Był w nim płacz, szloch, zaklinanie i przekonywanie policjanta, że to niemożliwe i uparta, niezłomna wiara sierżanta, w autentyczność przekazanej wiadomości. Kiedy do Magdy dotarło, że nie zdoła przekonać sierżanta, że się myli, a Konrad za chwilę zjawi się w domu by zjeść talerz swojego ulubionego żurku z jajkiem (nigdy nie powiedziała mu, że nie robi go sama, lecz kupuje w kartonie w sklepie spożywczym), uspokoiła się na tyle, by ten zdołał jej przekazać, że niezbędna dla stuprocentowej pewności jest jeszcze identyfikacja zwłok.
- Kostnica jest po drugiej stronie miasta. Da pani radę prowadzić?
W pytaniu tym kryła się bezczelność. Było jednak zadane przez człowieka, który już wielokrotnie odbywał podobne rozmowy. W początkowym okresie służby, kilka lat temu, Malicki osobiście przekazywał informacje, czasem zostawał nawet w domu nagle osieroconych rodziców, dzieci, owdowiałych mężów i żon i przez długie godziny czekał na przybycie krewnych. Ale z biegiem lat przestał odczuwać współczucie, a zaczął znużenie. Tragedia, bądź co bądź, nie dotyczyła jego. On musiał rano wstać do pracy, by zmierzyć się dokładnie z tym samym koszmarem, który następnego dnia dopadał inną rodzinę. Zamiast dzwonić do drzwi, dzwonił przez telefon, co znakomicie ułatwiało nadejście ery telefonów komórkowych. Kiedy tylko było to możliwe, korzystał z telefonu denata, by w książce adresowej znaleźć odpowiedni wpis. Czasem nie było to łatwe. Co prawda większość ludzi telefon do matki zapisywało pod hasłem „MAMA”, a do domu „Dom”, ale czasem nie było takich haseł. W takim przypadku należało przeszukać całą książkę adresową by znaleźć najbardziej pieszczotliwe określenia zarezerwowane dla żon, mężów czy kochanków i kochanek. Od „misia” „kocura” czy „mojego buhaja” po „foczkę”, „cipkę” czy „zdzirę – nie odbierać”. Zawsze oczywiście należało sprawdzić, do kogo należy numer, żeby nie narazić się na fatalną w skutkach pomyłkę (np. zawiadamiając zdradzanego męża, że właśnie zmarł kochanek jego żony). Lub zadzwonić na pierwszy numer z listy i poprosić o numer do kogoś z rodziny.
- Nie wydaje mi się – powiedziała Magda, na której niestosowność tego pytania nie zrobiła wrażenia. Myśli miała zaprzątnięte zupełnie czym innym, nie mogła więc zwrócić uwagi na skandaliczną postawę sierżanta.
- Każę przysłać po panią radiowóz – powiedział Malicki, z trudem kryjąc niezadowolenie z rozwoju sytuacji.
- Dobrze. Dziękuję.
Rozłączyła się. Wciąż była zbyt oszołomiona nowiną by znaleźć w sobie siłę na szczery, oczyszczający płacz, by wyrzucać sobie chwile i rzeczy, które mogła w życiu zrobić lepiej by poprawić ich wspólne życie. Na to przyszedł czas później. Teraz po prostu siedziała, nie zwracając uwagi na kipiącą zupę, która rozlewała się po płycie kuchenki. Z odrętwienia wyrwał ją dźwięk domofonu. Był to jej brat – Karol. Od progu trudno było powiedzieć, czy już wie. Minę miał jak zwykle poważną, jakby nieco nieobecną. Okazywanie emocji nigdy nie było jego mocną stroną. Ale szybko się okazało, że już wiedział co się stało. Zadzwonili do niego ze szpitala, do którego po wypadku trafiła Zośka. Wiedział więc, że jego szwagier zginął w tym samym wypadku. Przyszedł do siostry – mieszkał w domu obok – nie wiedząc co począć. Sądził, że siostra może potrzebować pomocy, choć sam także jej przecież potrzebował w tym momencie. Niepokoił się o swoją piękną żonę, uroczą blondynkę, która była radością jego życia, na którą – czuł to doskonale – w gruncie rzeczy nigdy nie zasługiwał. Bał się więc o nią.
Doczekali razem na przyjazd radiowozu i razem pojechali do kostnicy. Karol myślał wprawdzie, że powinien znaleźć się w szpitalu, ale skoro zapewniono go, że żona czuje się w gruncie rzeczy dobrze (nie powiedziano mu jeszcze o jej dziwnych zachowaniach, np. o tym, że w czasie oględzin zaczęła dłubać w nosie), zdecydował się towarzyszyć siostrze. Uprzedzono ich, że widok Konrada nie będzie należał do przyjemności (w tych okolicznościach i tak nie mogła to być przyjemna chwila) i Szila poprosiła brata, by dokonał identyfikacji w jej imieniu. Karol zgodził się. Odciągnięto prześcieradło. Twarz była zmasakrowana, ale poznał szwagra po włosach, po łańcuszku na szyi i po ubraniu. Wełniany swetr mógł należeć tylko do niego – był zrobiony na drutach przez jego przyszywaną ciotkę, nie żyjącą już zresztą. Jedyny taki egzemplarz na świecie. Nie ulegało wątpliwości, kto leży na łóżku na kółkach. Karol kiwnął głową, na znak, że rozpoznał szwagra. Wydawało mu się, że kierownik kostnicy, który stał obok odetchnął jakby z ulgą, ale nie zastanawiał się nad tym. Musiał jakoś uspokoić siostrę, do której teraz dopiero zaczęło docierać co właściwie stało się tego wieczoru i zaczęła zanosić się głośnym płaczem, a między kolejnymi spazmami przebijały się wyraźnie dwa wykrzykiwane słowa. „Nie!” oraz „Dlaczego?!” co jest zresztą najczęściej zadawanym pytaniem w podobnych okolicznościach, na które nikt nie zna dobrej odpowiedzi. Powiedzieć, że Konrad był po prostu nieco nieostrożny tego dnia, nie byłoby żadnym wyjaśnieniem. Nie dla Szili.

Ksiądz wyszedł z zakrystii drzwiami z boku ołtarza. Szila nie od razu go zauważyła. Zastanawiała się gdzie jest jej brat i odwróciła głowę w kierunku głównego wejścia. Od razu tego pożałowała, bo napotkała krzyżowy ogień zaciekawionych spojrzeń. „Tak dużo ludzi przyszło go pożegnać” - pomyślała zaskoczona, ponieważ nie zdawała sobie sprawy, że mógł znać tak wiele osób. Zauważyła kilku przyjaciół Konrada, którzy czasem odwiedzali ich na grillu w weekendy, z którymi grywali razem w brydża w czasach, w których jej mąż jeszcze nie zatracił się w pracy i weekendowym uprawianiu sportu. Już miała odwrócić się z powrotem, kiedy zauważyła, że główne drzwi otwierają się i pojawia się w nich Karol, razem ze swoją żoną. Zośka ubrana była na czarno, choć nie rozumiała zbyt dobrze, dlaczego. Uparła się by założyć różowe adidasy, a mąż nie był w stanie wyperswadować jej tego pomysłu żadnymi tłumaczeniami. Awantura o buty – choć nie była w zasadzie awanturą, wyłącznie Karol dawał się ponieść emocjom w tej jednostronnej argumentacji – była przyczyną ich późnego przyjazdu. Przeszli przez główną nawę do pierwszego rzędu, co nie uszło uwadze nikogo w kościele, bo Zośka pogwizdywała cicho znajdując się – jak się zdaje – w doskonałym nastroju. Być może należało zrezygnować z jej uczestnictwa w ceremonii, ale lekarz wyjaśnił, że nie powinna unikać żadnej okazji do poznawania życia na nowo. Nawet jeśli jego poznawanie zacznie od smutnej uroczystości. Wszak było to też spotkanie rodzinne, a w jej stanie okoliczność tego spotkania nie robiła większej różnicy. Karol miał więc do odegrania ciężką rolę – pocieszyciela siostry, ale także strażnika dobrych obyczajów, które co i rusz nieświadomie naruszała jego żona.
Ceremonia rozpoczęła się. Ksiądz mówił, a między przerwami w jego słowach dało się słyszeć pociągnięcia nosem, czy nawet stłumiony płacz tu i ówdzie. W połowie mszy, tuż przed podniesieniem, kiedy w kościele zaległa względna cisza, Zośka oświadczyła mężowi:
- Chce mi się ruchać.
Deklaracja wzbudziła zażenowanie w przednich rzędach (Szila ją zignorowała, jej matka spiorunowała Zośkę wzrokiem, a Karol zaczerwienił się ze wstydu), lecz także pewną wesołość z tyłu, bo dało się słyszeć źle tłumione parsknięcia.
- Skocz do biedronki – powiedział ktoś nawet, lecz zaraz został uciszony przez klęczących obok, którzy głębiej odczuwali powagę sytuacji i chcieli w skupieniu pożegnać swojego przyjaciela, a przy okazji zastanowić się nad miałkością własnego istnienia i niezbadanymi wyrokami losu lub Boga, w zależności od wyznawanej wiary. Ponieważ brak wiary, także jest w pewnym sensie wiarą w nie istnienie Boga..
Pod koniec ceremonii Zośka ponownie zagrała w niej główną rolę, kiedy gremialnie wyśpiewana modlitwa „Wieczne odpoczywanie...” wzbudziła w niej najwyraźniej pewne wspomnienia z przeszłości. Wstała i zaczęła klaskać w dłonie z całych sił. Modlitwa zamarła, nawet organista przestał grać pragnąc poznać przyczynę nagłego przerwania śpiewu wśród zgromadzonych. Zośka stała zaś i klaskała, nie oglądając się na nikogo, patrząc tylko w kierunku trumny. Karol nie miał pojęcia jak się zachować, a nie miał też ochoty wyprowadzać żony z kościoła na oczach wszystkich żałobników. Wstał więc po prostu i także zaczął bić brawo. Na to podniosła się także Szila i jej matka dołączając swoje owacje. Za nimi dołączyły rzędy z tyłu, i kolejne. Nie minęła długa chwila, a wszyscy w kościele stali i klaskali oglądając się przy tym jedni na drugich, nie rozumiejąc znaczenia i powodów swojego zachowania. Większość z nich nie wiedziała zapewne, że jest to włoski zwyczaj by burzą braw uhonorować życie zmarłego. Z pewnością wiedziała o tym Zośka, której właśnie to włoskie klaskanie się przypomniało w czasie żałobnej pieśni, a także Szila. Oraz Konrad, który gdyby tylko obserwował całą scenę, byłby zachwycony tą formą pożegnania go. Któż bowiem nie marzył by dostać owację na stojąco od zgromadzonego tłumu? Fakt, że był martwy niczego nie zmieniał. Ułatwiał wręcz. Nie musiał wstydliwie czy fałszywie skromnie spuszczać głowy, zaś gotujący mu tę owację byli w niej zupełnie szczerzy. Wielu z nich, kiedy zrozumiało cel owacji, z pewnym uczuciem zazdrości zastanawiało się, czy na własnych pogrzebach otrzymają tak wspaniałe pożegnanie. Echo oklasków niosło się w wysokich murach kościoła, i roznosiło daleko poza nie, aż przechodnie obok kapliczki zatrzymywali się zdumieni, zastanawiając się jakież to zdolności oratorskie księdza mogły wywołać taką reakcję. Nikt postronny nie przypuszczał bowiem, że tę burzę braw otrzymuje dusza zmarłego, by mogła się cieszyć obserwując swoje ostatnie pożegnanie.

Trumna zjechała do krematorium, została spopielona razem z ciałem, tak jak zawsze życzył sobie tego Konrad. Na cmentarzu pochowano same prochy w urnie, ponieważ Konrad nigdy nie wspominał co należy z nimi zrobić, a Szila nie miała zamiaru trzymać ich w domu. Płakała szczerze na ceremonii opuszczania prochów do ziemi, znów bowiem dotarł do niej sens zdarzenia i widziała przed swoim życiem tylko pustkę, tylko lata umartwiania się nad sobą i wspominania w żałobie wszystkich dobrych chwil ich małżeństwa. Ludzie czekali cierpliwe aż nieco się uspokoi, by można było złożyć jej kondolencje, choć część z nich – zwłaszcza dalszych znajomych – zastanawiała się nad opuszczeniem tej części formalności i nad szybszym powrotem do swoich zwykłych obowiązków. Tym bardziej, że pogoda była tego dnia okropna. Nie padało wprawdzie, ale silny, momentami porwisty wiatr przynosił z północy lodowate powietrze, które wdzierało się pod płaszcze i spódnice, z łatwością przebijało się przez cienkie nogawki garniturów, odmrażało uszy i palce w źle dobranych do pory roku butach (lecz nie każdy ma przecież czarne, zimowe buty, które pasowałyby do pogrzebowych garniturów). Ludzie stojący nieco z tyłu palili papierosy i prowadzili filozoficzne dysputy, stojący najdalej klęli na pogodę i zastanawiali się czy już czas zmienić opony na zimowe w swoich samochodach, podczas gdy krewni Magdy już składali jej wyrazy współczucia i deklarowali daleko idącą pomoc, jeśli tylko będą ona odczuje potrzebę sięgnięcia po nią. „Po cokolwiek” - zapewniali.
Szila była zbyt oszołomiona, by wyłowić cokolwiek z tego szumu nic nie znaczących deklaracji, niemal nie rozróżniała twarzy. Przypominała sobie natomiast, jak kilka miesięcy temu rozmawiała z mężem, który udzielił jej pewnych instrukcji na wypadek, gdyby miała się znaleźć w takiej właśnie sytuacji.
- Pamiętaj, ten który podejdzie pierwszy i złoży najgłębsze kondolencje, będzie miał złe zamiary. Będzie chciał wykorzystać twoje cierpienie i słabość. Spróbuje przekonać cię, że byłem mu winien pieniądze, albo żebyś sprzedała mu mój samochód lub nawet nasz dom. Nie zgadzaj się na nic. Wymów się żałobą i nie podejmuj żadnych decyzji finansowych.
Szila ledwie go słuchała pochłonięta prasowaniem, ponieważ w tamtym czasie wydawało się to zupełnie irracjonalną sugestią. Kiwała jednak głową na znak, że rozumie.
- Ok. Pierwszy będzie zdrajcą. Ale po co mi to mówisz?
- Na wszelki wypadek. Może będziesz o tym pamiętała.
- A może podejdzie jako ostatni? Wiesz, będzie mu na pewno trochę wstyd przychodzić z taką propozycją – podjęła jego niezrozumiałą grę, ciekawa dokąd ich ta rozmowa zaprowadzi.
- Nie. Ostatni, który podejdzie do ciebie, będzie twoim skrytym wielbicielem. Kimś, kto od dawna jest w tobie zakochany. On będzie się wstydził swoich uczuć w takiej chwili. Ten, kto będzie chciał skorzystać finansowo nie jest człowiekiem, który miałby skrupuły. A będzie chciał, żebyś go zapamiętała. Że podszedł pierwszy, że się o ciebie troszczy i chce tylko twojego dobra. To będzie wilk w owczej skórze.
- Mówisz tak, jakbyś miał kogoś na myśli.
- Nie mam. Nie mam też zamiaru umierać. Ale kiedyś to się stanie. A wtedy tak właśnie będzie to wyglądało.
- Skąd wiesz, że właśnie tak?
- Z „Ojca chrzestnego” – zaśmiał się.

Przypomniała sobie tamtą rozmowę wieczorem, kiedy krewni i przyjaciele już się rozjechali. Została w domu sama z matką, którą poprosiła, by została na kilka nocy, choć miała nadzieję, że zostanie znacznie dłużej, czuła bowiem, że będzie potrzebowała pomocy w codziennych obowiązkach, których wykonywanie wydawało jej się teraz całkowicie bezsensowne. Dopijała trzecią szklankę wina przy stole w jadalni. Ada drzemała w fotelu przed telewizorem, który grał z wyłączonym dźwiękiem. Kto składał jej kondolencje pierwszy? Mama. Konrad mylił się zatem, matka nie mogła przecież mieć złych intencji. Drugi był Karol, pamiętała jak mocno ją uściskał, jak zapewniał, że we wszystkim jej pomoże. Kochany braciszek. A kto był trzeci? Nie mogła sobie przypomnieć. Pamiętała za to, kto podszedł ostatni. Jasiek. Kiedy go poznała przed laty był przystojnym brunetem, teraz był już prawie całkiem siwy. Czarne włosy przebłyskiwały tylko gdzieniegdzie. Ale włosy nadal miał gęste, sylwetkę prostą, wysportowaną. Wciąż był przystojny, może nawet przystojniejszy niż 10 lat temu, kiedy go poznawała razem z innymi kolegami męża, wtedy jeszcze chłopaka. Jasiek niewątpliwie wyróżniał się na tle kolegów Konrada, miał w sobie pewną klasę, trzymał dystans wobec tej hałaśliwej zgrai, towarzystwa nader często pijanego i hucznie imprezującego w weekendy, nie odmawiającego sobie narkotyków i nie potępiającego rozwiązłości. Takich kolegów miał Konrad, który pewnego dnia poprosił ją, by go zabrała od nich. Spod ich niezdrowego wpływu.
- Przez nich umrę zbyt młodo – mawiał niby się śmiejąc, ale z biegiem lat poznała go już na tyle, by wiedzieć, że właśnie w żartach Konrad przemycał szczere opinie o świecie i o swoich bliskich.
Zabrała go więc do swojego życia i była zaskoczona jak niewiele trzeba było, by jej wtedy chłopak, a późniejszy mąż, zmienił się. Z hulaki, weekendowego alkoholika i hazardzisty w stateczną głowę – prawda, że niewielkiej – rodziny, zarabiającego pieniądze, dbającego o dom, o nią. Zakochała się w nim, kiedy poznała go w jednym ze studenckich klubów, kiedy tańczył przewracając się co chwila od nadmiaru alkoholu we krwi, który wprawiał w wir cały świat wokół niego, a później kochała go jeszcze mocniej, kiedy zmienił się w odpowiedzialnego człowieka. Dopiero od niedawna zaczęła dostrzegać, że jego odpowiedzialność jest także nudna, że wyparła szaleństwo z jego życia. A ostatnie miesiące, kiedy wolał pracę niż jej towarzystwo, były nawet gorsze niż dotychczasowa rutyna.
Siedziała myśląc nad tym wszystkim, uświadamiając sobie, że być może w ostatnim czasie nie kochała już męża tak, jak zwykła to sobie wyobrażać, że może nawet nie kochała go już wcale, a może już tylko z przyzwyczajenia. Ale też, że nowej miłości nie będzie jej dane przeżyć. Jasiek miał swoją żonę i dwójkę wspaniałych, adoptowanych dzieciaków. Taki człowiek nie mógł przecież odejść... „Ech, co za myśl. Powinnam upić się dziś i nie mieć więcej już żadnych myśli”. Szila nalała sobie następną szklankę.

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 |
Najnowsze wpisy
2010-07-06 23:04 łyk słodkiego wina
2010-07-06 22:55 łyk słodkiego wina cd
2010-07-06 22:49 kilka słów wyjaśnienia
2010-04-21 23:31 rutynowa kontrola
2010-04-21 23:23 rutynowa kontrola cd
Najnowsze komentarze
2013-12-23 12:54
rtvagd.net:
Włamywacz
pozdrowienia :)
2013-12-22 00:30
wokol.dziecka:
łyk słodkiego wina
:)
2013-10-20 22:31
rtvagd.net:
Och, więc jesteś wyjątkowy?
super jest Twoj blog
O mnie
Emil Szweda
To dar szatana, dany człowiekowi, że może osądzić swoje czyny dopiero po ich popełnieniu - "Przesłuchanie", Ryszard Bugajski
Kategorie
Ogólne